W Prawie i Sprawiedliwości trwa właśnie polityczny spektakl, który coraz bardziej przypomina zabawę w wybieranie kolejnego „premiera”. Problem polega jednak na tym, że za tę zabawę płacą obywatele. Zamiast poważnej debaty o państwie i realnych problemach kraju obserwujemy festiwal przecieków, plotek i partyjnych gier.
Już w najbliższą sobotę PiS ma ogłosić swojego kandydata na premiera podczas partyjnej konwencji. Odkąd prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział taki ruch, w mediach trwa nieustanna karuzela nazwisk. Najpierw pojawiali się szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki i europoseł Tobiasz Bocheński. Później nagle pojawiło się nazwisko prezydenta Stalowej Woli Lucjusza Nadbereżnego. Teraz okazuje się, że i to może być już nieaktualne.
Z ustaleń mediów wynika, że Nadbereżny wcale nie musi być prawdziwym faworytem. Jeden z rozmówców związanych z PiS mówi wprost: „To kandydat wypuszczony ‘na rybkę’”. Trudno o bardziej wymowne określenie. W praktyce oznacza ono, że część nazwisk pojawia się jedynie po to, by sprawdzić reakcję opinii publicznej i mediów. Państwo zaczyna przypominać laboratorium wizerunkowe, w którym politycy testują kolejne scenariusze.
Według najnowszych doniesień największe szanse na nominację ma były minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek. Jednak nawet w samym obozie PiS panuje wyraźna niepewność. Jeden ze stronników Mateusza Morawieckiego przyznał: „Rzeczywiście słychać ostatnio o Czarnku, ale jeśli chodzi o sobotę, to jest to wiedza pochodząca wyłącznie z partyjnych plotek”. Innymi słowy – nawet wewnątrz partii nikt nie ma pewności, kto tak naprawdę zostanie ogłoszony.
Zwolennicy Czarnka podkreślają jego medialną odporność i polityczne doświadczenie. Jeden z rozmówców związanych z partią Kaczyńskiego przekonuje: „On ma najlepszy kontakt z ludźmi na spotkaniach, medialnie jest nie do zagadania, wszystko już na niego wyciągnięto”. W tej wypowiedzi pobrzmiewa osobliwa logika – zaletą kandydata ma być to, że wszystkie jego kontrowersje są już znane, więc nic nowego nie może zaszkodzić.
Politycy PiS tłumaczą również, że taki wybór miałby zmniejszyć ryzyko wizerunkowych wpadek, jakie zdarzały się wcześniej. Wspominają choćby sytuację z kampanii Karola Nawrockiego, który – jak twierdzą – „był jak niezapisana karta” i nie uprzedził sztabu o problemach związanych ze sprawą mieszkania pana Jerzego. W praktyce jednak te argumenty pokazują przede wszystkim chaos w procesie decyzyjnym.
Co ciekawe, sam Czarnek zaprzecza spekulacjom. Zapytany w Radiu ZET, czy to jego nazwisko zostanie ogłoszone na konwencji, odpowiedział krótko: „Prawdopodobnie nie”. Taka odpowiedź tylko pogłębia wrażenie, że cała sytuacja przypomina raczej polityczny casting niż poważne przygotowania do przejęcia odpowiedzialności za państwo.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. W całej tej dyskusji praktycznie nie pojawia się pytanie o program, wizję rządzenia czy konkretne rozwiązania dla kraju. Zamiast tego słyszymy o „wypuszczaniu kandydatów na rybkę”, analizowaniu medialnych reakcji i partyjnych kalkulacjach.
Można odnieść wrażenie, że dla części polityków PiS jest to po prostu kolejna gra wizerunkowa. Oni mogą się dobrze bawić w spekulacje, przecieki i zakulisowe rozgrywki. Problem w tym, że konsekwencje tych politycznych eksperymentów ponoszą obywatele.
Bo ostatecznie rachunek za polityczne gry zawsze trafia do społeczeństwa. I właśnie dlatego trudno patrzeć na ten spektakl z pobłażaniem. W końcu państwo to nie scena, a wybór premiera nie powinien przypominać partyjnej zabawy w zgadywanie nazwisk.










