Debata o bezpieczeństwie państwa powinna opierać się na faktach, liczbach i odpowiedzialności. Tymczasem coraz częściej zamienia się w polityczny spektakl, w którym zamiast argumentów pojawiają się hasła o zagrożonej suwerenności. Najnowszym przykładem takiej retoryki jest wypowiedź posła PiS Jana Dziedziczaka, który w ostrych słowach skrytykował europejski program SAFE.
Polityk, były wiceminister spraw zagranicznych, przekonywał w Telewizji wPolsce24, że stawką w tej sprawie jest niezależność Polski. – Tu chodzi o suwerenność Polski. To jest pytanie, czy my jako Polacy możemy wykorzystywać nasze pieniądze na naszą obronność, tak jak sobie życzymy. Kupować sprzęt w tych krajach, które uważamy, że są najkorzystniejsze z punktu widzenia naszej polityki bezpieczeństwa – mówił Dziedziczak.
Brzmi poważnie. Problem w tym, że takie argumenty bardziej przypominają polityczną narrację niż rzetelną analizę programu SAFE. Bo w rzeczywistości nie chodzi o odebranie Polsce suwerenności, lecz o stworzenie wspólnego mechanizmu finansowania obronności w Europie – w czasie, gdy za wschodnią granicą trwa wojna.
Trudno nie postawić w tym miejscu podstawowego pytania: dlaczego politycy PiS tak mocno występują przeciwko SAFE?
Jeszcze kilka lat temu to właśnie rządy tej partii przekonywały, że Polska musi jak najwięcej inwestować w bezpieczeństwo i wzmacniać współpracę z sojusznikami. Dziś jednak, gdy na stole leży projekt umożliwiający ogromne inwestycje w przemysł zbrojeniowy, część polityków PiS przedstawia go niemal jako zagrożenie dla państwowej niezależności.
Retoryka Dziedziczaka wpisuje się w tę linię narracji. W jego wypowiedziach powraca sugestia, że przyjęcie unijnego mechanizmu oznacza ograniczenie swobody decyzji Polski. Ale czy rzeczywiście tak jest?
Program SAFE powstał właśnie dlatego, że europejskie państwa zdały sobie sprawę, iż bezpieczeństwo kontynentu wymaga skoordynowanych działań i ogromnych nakładów finansowych. Żadne państwo w Europie – nawet największe – nie jest dziś w stanie samodzielnie zbudować pełnego systemu obronnego bez współpracy z partnerami.
Tymczasem część polskiej debaty publicznej próbuje przedstawić tę współpracę jako zagrożenie.
Warto zauważyć, że argument o „suwerenności” pojawia się w tej dyskusji bardzo często, ale rzadko towarzyszy mu konkret. Bo jeśli SAFE rzeczywiście byłby tak niebezpieczny dla polskiej niezależności, należałoby jasno wskazać, które jego zapisy ograniczają możliwość decydowania o własnej armii. Tego jednak w wypowiedziach polityków PiS zwykle brakuje.
Zamiast tego pojawia się sugestia, że Polska powinna samodzielnie finansować swoje programy zbrojeniowe lub szukać alternatywnych źródeł pieniędzy. Problem polega na tym, że takie deklaracje rzadko idą w parze z realnym planem finansowym. W praktyce oznacza to jedno: polityczna krytyka SAFE nie jest dziś poparta równie konkretną propozycją.
Dlatego coraz więcej obserwatorów zadaje sobie pytanie, czy sprzeciw wobec programu rzeczywiście wynika z troski o suwerenność, czy raczej z logiki bieżącej walki politycznej. W polskiej polityce niestety nie jest to nic nowego – projekty proponowane przez jedną stronę sceny politycznej niemal automatycznie spotykają się z krytyką drugiej. Tyle że w sprawach bezpieczeństwa państwa taka logika bywa szczególnie niebezpieczna.
Bo prawdziwe pytanie nie brzmi dziś, czy Polska powinna współpracować z Europą w sprawach obronności. To już się dzieje – w NATO, w licznych programach przemysłowych, w wspólnych ćwiczeniach wojskowych. Prawdziwe pytanie brzmi raczej: czy Polska powinna odrzucać projekty, które mogą zwiększyć jej zdolności obronne tylko dlatego, że powstały na poziomie Unii Europejskiej?
Jeśli odpowiedzią ma być straszenie utratą suwerenności, to debata o bezpieczeństwie szybko zamieni się w zbiór politycznych sloganów.
A bezpieczeństwo państwa zasługuje na coś więcej niż slogan.










