Polityka bywa teatrem, ale w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości coraz częściej przypomina raczej casting do spektaklu, który nigdy nie zostanie wystawiony. Każdego dnia pojawia się nowe nazwisko potencjalnego premiera, kolejne spekulacje i przecieki, kolejne „pewne informacje z partii”. Problem polega na tym, że cała ta gorączka personalna odbywa się w sytuacji, gdy PiS nie ma dziś najmniejszych szans na objęcie władzy.
Najświeższy przykład tej politycznej farsy zobaczymy już w sobotę w Krakowie. O godzinie 14:00 partia ogłosi nazwisko swojego kandydata na premiera. Jak wynika z doniesień medialnych, „w grze mają być obecnie dwa nazwiska – Lucjusz Nadbereżny i Jakub Banaszek”. Jeszcze niedawno wymieniano inne osoby, a jeszcze wcześniej pojawiały się kolejne nazwiska z partyjnego zaplecza. W efekcie trudno oprzeć się wrażeniu, że PiS codziennie ma nowego kandydata na premiera – i codziennie traktuje to wydarzenie jak przełom.
Sam fakt wyboru kandydata na premiera w opozycji nie jest niczym niezwykłym. Partie często wskazują twarze kampanii, aby pokazać wyborcom alternatywę. Jednak w przypadku PiS sprawa wygląda inaczej. Zamiast spójnej wizji rządzenia mamy raczej serię personalnych eksperymentów, które bardziej przypominają sondowanie nastrojów niż poważną strategię polityczną.
Według medialnych doniesień jednym z rozważanych kandydatów jest prezydent Chełma. „W nieoficjalnych rozmowach często pojawia się nazwisko prezydenta Chełma Jakuba Banaszka, który mimo że wielokrotnie startował z list PiS na różne stanowiska, to jednak formalnie nigdy do partii nie należał”. W dodatku – jak zauważają komentatorzy – „polityk jest jeszcze zbyt młody, aby powierzyć mu taką odpowiedzialność”. Banaszek w tym roku skończy zaledwie 35 lat.
Drugą opcją ma być Lucjusz Nadbereżny, wieloletni prezydent Stalowej Woli. Jak podkreślają media, „starszym o kilka lat jest Lucjusz Nadbereżny, który od ponad 10 lat jest prezydentem Stalowej Woli”. W przeciwieństwie do Banaszka jest też politykiem mocniej zakorzenionym w strukturach partii, bo – jak przypominają komentatorzy – do PiS wstąpił jeszcze w czasach pierwszych rządów tej formacji.
Jednak cała ta układanka personalna ma jedną zasadniczą wadę: odbywa się w politycznej próżni. PiS może ogłaszać kolejnych kandydatów, ale nie zmienia to faktu, że partia pozostaje dziś w opozycji i nie ma realnej drogi do utworzenia rządu. Nawet najbardziej charyzmatyczny kandydat nie zastąpi brakujących głosów w Sejmie ani utraconego zaufania części wyborców.
Co więcej, sam lider partii zdaje się traktować wybór kandydata bardziej jako wewnętrzną decyzję organizacyjną niż element poważnej debaty o przyszłości państwa. „Ja już decyzję podjąłem, mam daleko idące uprawnienia wynikające ze statutu (…) ale chciałbym to najpierw skonfrontować z większym zgromadzeniem członków naszej formacji” – mówił Jarosław Kaczyński. W praktyce oznacza to tyle, że o przyszłym „premierze” decyduje jedna osoba.
Prezes PiS tłumaczył również, jakie cechy powinien mieć wybrany kandydat. „To musi być kandydat który pozwoli wygrać wybory, który będzie nawet lokomotywą wyborczą”. I dalej: „jest ktoś, kto wydaje się odpowiadać tym wymogom”. Brzmi to jak zapowiedź wielkiej strategii, ale w rzeczywistości przypomina raczej polityczne zaklinanie rzeczywistości.
Bo prawdziwe pytanie nie brzmi dziś: kto zostanie kandydatem PiS na premiera. Prawdziwe pytanie brzmi: czy ktokolwiek poza partyjnym elektoratem w ogóle traktuje te ogłoszenia poważnie.
Polityka wymaga dziś wiarygodności, programu i zdolności do budowania większości. Tymczasem PiS sprawia wrażenie ugrupowania, które zamiast odbudowywać poparcie, zajmuje się organizowaniem kolejnych medialnych premier – dosłownie i w przenośni.
Jeśli ta strategia ma doprowadzić partię z powrotem do władzy, to trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to plan wyjątkowo ambitny. A jednocześnie całkowicie oderwany od politycznej rzeczywistości.










