Przemysław Czarnek został w sobotę ogłoszony kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na premiera. Decyzja Jarosława Kaczyńskiego miała być momentem poważnym – zapowiedzią nowej strategii partii i nowej wizji państwa. Jednak pierwsze wystąpienie Czarnka po nominacji pokazało raczej coś zupełnie innego: politykę opartą na emocjach, ostrych słowach i personalnych atakach.
Już od pierwszych minut przemówienia było jasne, że kandydat PiS na premiera nie zamierza przedstawiać spokojnego programu rządzenia. Zamiast tego postawił na retorykę kryzysu i dramatyczne diagnozy dotyczące państwa. – „Dzisiejsza Polska idzie w złym kierunku. To Polska chaosu, zamieszania, ludzkiej krzywdy” – przekonywał.
W jego opowieści kraj znajduje się niemal na skraju katastrofy. Państwo – jak twierdził – przestało służyć obywatelom. – „To państwo dzisiaj jest silne dla słabych. Ono nie jest silne tam, gdzie musi być silne i pomocne dla obywateli, tylko tam, gdzie słabego można dorwać i za nim pogonić” – mówił.
To dobrze znany styl wystąpień Czarnka: dużo emocji, dużo wielkich słów i bardzo niewiele konkretów. Zamiast szczegółowego planu reform czy poważnej analizy problemów gospodarczych usłyszeliśmy kolejną opowieść o „Polsce chaosu” i „Polsce prawdziwej”.
Największe poruszenie wywołał jednak moment, w którym kandydat PiS na premiera postanowił zwrócić się bezpośrednio do Donalda Tuska. Zrobił to w sposób, który wielu komentatorów uznało za wyjątkowo prymitywny jak na polityka aspirującego do najwyższego stanowiska w państwie.
– „Skoro pan mówi do Polaków ‘zakute łby’, to my odpowiadamy: pusty łbie. Lepiej być zakutym niż pustym” – powiedział Czarnek.
To zdanie szybko obiegło media i stało się symbolem stylu, jaki reprezentuje dziś kandydat PiS na premiera. Zamiast debaty o gospodarce czy bezpieczeństwie państwa mamy polityczny festiwal obelg.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie w taki sposób Czarnek próbuje dziś zdobywać popularność we własnej partii. W PiS od dawna premiowana jest retoryka ostrej walki z przeciwnikami politycznymi, a były minister edukacji doskonale odnajduje się w tej roli.
Problem polega na tym, że agresywny język nie zastępuje programu.
W dalszej części wystąpienia Czarnek mówił o „normalnej Polsce”, którą – jego zdaniem – trzeba odbudować. Według niego „normalny Polak” to człowiek ciężkiej pracy i przywiązania do tradycji. – „Normalny Polak to rolnik, który wstaje skoro świt i zajmuje się zwierzętami nieraz lepiej niż sobą. To pielęgniarka, lekarz na kolejnym dyżurze, przedsiębiorca, który zastanawia się, jak utrzymać firmę” – wyliczał.
Takie słowa dobrze brzmią na politycznym wiecu. Jednak trudno uznać je za konkretną wizję państwa. Bo poza patetycznymi opisami „zwykłych Polaków” w przemówieniu Czarnka niewiele było propozycji realnych rozwiązań.
Podobnie wyglądała część dotycząca gospodarki i energetyki. Kandydat PiS krytykował ceny energii i politykę klimatyczną Unii Europejskiej. – „Nie mamy żadnego miksu energetycznego waszego. Mamy nasz węgiel” – mówił.
To zdanie dobrze pokazuje sposób myślenia Czarnka o polityce energetycznej: proste hasła zamiast poważnej strategii dla gospodarki, która musi funkcjonować w złożonym systemie europejskim i globalnym.
Nie zabrakło również dramatycznych słów o demografii. – „Pikujemy demograficznie w dół. To już nie jest spadek, to jest pikowanie” – przekonywał polityk. Jednak także tutaj trudno było usłyszeć konkretny plan działania.
W efekcie całe przemówienie Czarnka można podsumować w prosty sposób: dużo krzyku, dużo oskarżeń i bardzo mało treści. Kandydat PiS na premiera najwyraźniej uznał, że najłatwiejszą drogą do politycznej popularności jest ostre atakowanie przeciwników.
Problem polega na tym, że urząd premiera wymaga czegoś więcej niż talentu do wygłaszania obelg. Wymaga programu, kompetencji i zdolności do prowadzenia poważnej debaty o przyszłości państwa. A tego w pierwszym wystąpieniu Przemysława Czarnka zabrakło niemal całkowicie.










