Konwencje Prawa i Sprawiedliwości mają swój stały scenariusz. Najpierw pojawia się opowieść o Polsce stojącej nad przepaścią, potem ostrzeżenia przed wrogami – wewnętrznymi i zewnętrznymi – a na końcu prezentacja polityka, który ma ten kraj uratować. Tym razem w tej roli obsadzono Przemysława Czarnka.
Podczas konwencji w krakowskiej hali „Sokół” prezes Jarosław Kaczyński ogłosił, że to właśnie były minister edukacji będzie kandydatem PiS na premiera. Chwilę później sam Czarnek pojawił się na scenie i wygłosił przemówienie, które w pełni potwierdziło, dlaczego jest dziś jednym z najbardziej radykalnych polityków tej partii.
– „Dzień dobry, Polsko! Dzień dobry, Polacy!” – zaczął z patosem. I od razu przeszedł do wielkich liczb oraz symbolicznych deklaracji. – „Jest nas 60 milionów, nie 31 milionów. Jesteśmy my tutaj w domu i są Polacy rozsiani po całym świecie” – mówił.
To charakterystyczny styl wystąpień Czarnka: dużo emocji, dużo wielkich słów i niewiele konkretów. Zamiast programu gospodarczego czy planu reform państwa usłyszeliśmy kolejną opowieść o wielkiej wspólnocie i zagrożonej ojczyźnie.
W dalszej części przemówienia pojawiła się dobrze znana narracja PiS o katastrofalnej sytuacji kraju. Czarnek przypomniał wydarzenia sprzed lat i przekonywał, że kiedyś Polska była „duszone przez rządy Platformy Obywatelskiej”. – Polska tonęła. Polska była duszona przez rządy Platformy Obywatelskiej. W Polsce nie było pieniędzy na nic – mówił.
Ta opowieść jest w PiS powtarzana od lat. Problem polega na tym, że w rzeczywistości coraz bardziej przypomina polityczną legendę, która ma mobilizować elektorat, a nie opisywać realną sytuację kraju.
Jeszcze ostrzejsze słowa padły pod adresem obecnego rządu. – Rządzi Tusk, rządzą ludzie, którzy gwałcą konstytucję, gwałcą praworządność, wprowadzają nieład i chaos w Polsce – stwierdził Czarnek. Chwilę później dołożył kolejną część znanej narracji PiS, mówiąc o „jawnej opcji niemieckiej”.
To właśnie ten język najlepiej pokazuje, dlaczego kandydatura Czarnka budzi tak duże kontrowersje. Jego styl polityczny polega przede wszystkim na ostrych oskarżeniach, ideologicznych deklaracjach i budowaniu atmosfery permanentnego konfliktu.
Kulminacją przemówienia była metafora pociągu, którym Czarnek – jak sam stwierdził – ma teraz kierować. – Jeśli mam być maszynistą w tym pociągu, którego kierownikiem jest pan prezes Jarosław Kaczyński, to w tym pociągu wszyscy mają swoje miejsce – mówił.
Ta metafora mówi więcej, niż jej autor prawdopodobnie zamierzał. Bo jeśli Czarnek jest maszynistą, to – jak sam przyznał – prawdziwym kierownikiem pozostaje Jarosław Kaczyński. W praktyce oznacza to jedno: kandydat na premiera ma być przede wszystkim wykonawcą woli prezesa.
Nie zabrakło również listy politycznych autorytetów. Czarnek zapowiedział, że „na pierwszych miejscach” w jego pociągu powinni siedzieć Beata Szydło i Mateusz Morawiecki. Wspomniał też o Elżbiecie Witek, którą nazwał „kobietą wspaniałą”.
Brzmi to jak próba pokazania jedności w partii, która w ostatnich miesiącach zmaga się z wewnętrznymi napięciami.
Jednak w całym tym wystąpieniu najbardziej uderza jedno: brak jakiejkolwiek nowej wizji państwa. Zamiast programu gospodarczego, strategii bezpieczeństwa czy planu reform usłyszeliśmy kolejną opowieść o „Polsce prawdziwej”, która ma przeciwstawić się „Polsce chaosu”. – Polska prawdziwa to ta, która pracuje, która buduje, która wychowuje dzieci – przekonywał Czarnek.
To zdanie brzmi dobrze na wiecu wyborczym, ale trudno uznać je za program rządzenia.
Na szczęście dla wielu wyborców jest jeszcze jeden fakt, który warto przypomnieć. Kandydatura Czarnka na premiera ma dziś przede wszystkim charakter symboliczny. PiS pozostaje w opozycji i nie ma większości parlamentarnej, która pozwoliłaby mu przejąć władzę.
Dlatego bardzo radykalna wizja polityki prezentowana przez Czarnka najprawdopodobniej pozostanie jedynie elementem partyjnej kampanii.
I być może właśnie w tym tkwi największa ironia całej sytuacji: polityk, który w swoich przemówieniach tak chętnie mówi o „ratowaniu Polski”, sam nie ma dziś realnych szans, by kiedykolwiek stanąć na czele rządu.










