Gdy partia polityczna z entuzjazmem prezentuje swojego kandydata na premiera, zwykle towarzyszy temu przekonanie, że dokonała ruchu wzmacniającego jej pozycję. Jednak reakcje, jakie obserwujemy po ogłoszeniu Przemysława Czarnka kandydatem PiS na szefa rządu, sugerują coś zupełnie odwrotnego. Gorączkowa obrona byłego ministra edukacji przez polityków tej partii pokazuje, że w obozie Jarosława Kaczyńskiego szybko zorientowano się, jak ryzykowna – a dla wielu wręcz kompromitująca – była ta decyzja.
Wszystko zaczęło się podczas konwencji PiS w Krakowie. To właśnie tam prezes partii ogłosił, że kandydatem ugrupowania na premiera będzie Przemysław Czarnek. Decyzja zapadła w dobrze znanym stylu: jednoosobowo, bez publicznej debaty i bez jakiegokolwiek sygnału, że w partii toczyła się realna dyskusja nad innymi kandydaturami.
Jarosław Kaczyński przedstawił swój wybór w tonie niemal misyjnym. – „Jestem głęboko przekonany, że takim człowiekiem w tym momencie jest pan profesor Przemysław Czarnek” – mówił ze sceny. Prezes PiS przekonywał również, że jego kandydat ma wyjątkowe zdolności mobilizowania partii i prowadzenia jej do zwycięstwa. Według Kaczyńskiego Czarnek „potrafi podjąć wysiłek, aby te wybory wygrać, zintegrować te wszystkie nasze działania”.
Brzmi to imponująco – przynajmniej w teorii.
W praktyce reakcje opinii publicznej pokazały, że nominacja Czarnka wywołała raczej falę krytyki niż entuzjazmu. Dla wielu wyborców były minister edukacji pozostaje symbolem najbardziej radykalnego skrzydła PiS i politykiem, który częściej wywołuje konflikty, niż buduje polityczne mosty. I właśnie dlatego tak szybko ruszyła partyjna operacja ratunkowa.
Jednym z pierwszych polityków PiS, którzy stanęli w obronie nowego kandydata, był europoseł Tobiasz Bocheński. W mediach społecznościowych ogłosił, że krytyka wobec Czarnka to element szerokiej kampanii medialnej. „Przemysł pogardy, kłamstwa i propagandy ruszył na Przemysława Czarnka tak samo, jak próbowano to zrobić przeciw prezydentowi Karolowi Nawrockiemu” – napisał.
To zdanie dobrze pokazuje mechanizm, który od lat funkcjonuje w PiS. Zamiast zastanowić się nad przyczynami krytyki, partia woli ogłosić, że za wszystkim stoi wroga propaganda.
Bocheński nie poprzestał zresztą na tej diagnozie. W swoim wpisie zapewnił również, że cała sprawa zakończy się sukcesem. „Nie udało się im wtedy. Nie uda teraz. Zwyciężymy dla Polski” – dodał. Problem polega na tym, że taka narracja coraz mniej przekonuje opinię publiczną.
Bo krytyka Czarnka nie bierze się znikąd. Wystarczy przypomnieć jego własne wystąpienia, by zrozumieć, dlaczego wielu wyborców patrzy na jego kandydaturę z dużym sceptycyzmem. W swoim przemówieniu w Krakowie polityk PiS ponownie sięgnął po retorykę ostrych oskarżeń i dramatycznych diagnoz. – „Polska rządzona przez rząd Donalda Tuska idzie w złym kierunku, jest Polską chaosu, zamieszania i krzywdy ludzkiej” – przekonywał.
Według niego kraj znajduje się w stanie niemal permanentnego kryzysu, a winę za wszystko ponosi obecna władza. – „To zwykli Polacy trzymają w pionie Polskę, pomimo tego co robi Tusk. Pomimo tego duszenia Polski” – mówił. Nie zabrakło również jednego z ulubionych motywów retoryki PiS. Czarnek przekonywał, że w Polsce „nie ma już zakamuflowanej opcji niemieckiej”, bo „ona bezwstydnie przerodziła się w jawną opcję niemiecką, która dzisiaj rządzi”.
To właśnie ten styl polityki sprawia, że nominacja Czarnka została przez wielu komentatorów odebrana jako krok w stronę jeszcze większej radykalizacji PiS. Dlatego nerwowa obrona ze strony partyjnych kolegów wygląda dziś raczej jak próba gaszenia pożaru niż spokojne budowanie politycznej ofensywy.
Decyzja Kaczyńskiego miała pokazać siłę i determinację partii. Tymczasem coraz bardziej wygląda na klasyczny „strzał w kolano”. I im głośniej politycy PiS próbują przekonywać, że wszystko jest pod kontrolą, tym wyraźniej widać, że w samej partii zaczęto dostrzegać skalę tego problemu.










