Im dłużej trwa dyskusja o nominacji Przemysława Czarnka na kandydata Prawa i Sprawiedliwości na premiera, tym wyraźniej widać jedno: w samej partii rośnie nerwowość. Politycy PiS coraz częściej występują w mediach, coraz głośniej bronią decyzji Jarosława Kaczyńskiego i coraz bardziej próbują przekonywać opinię publiczną, że wybór byłego ministra edukacji to ruch strategiczny.
Problem polega na tym, że taka gorączkowa obrona rzadko jest oznaką pewności siebie. Znacznie częściej oznacza świadomość politycznego problemu.
A w tym przypadku problem jest dość oczywisty. Przemysław Czarnek to jeden z najbardziej radykalnych polityków PiS, znany przede wszystkim z ostrych wystąpień i ideologicznych sporów. Dla części elektoratu partii jest symbolem bezkompromisowości. Dla znacznie szerszej grupy wyborców pozostaje jednak politykiem, który bardziej dzieli niż przekonuje.
Dlatego nominacja Czarnka jako kandydata na premiera została przez wielu komentatorów odebrana nie jako zapowiedź nowego otwarcia, lecz raczej jako sygnał dalszej radykalizacji PiS. Właśnie dlatego tak szybko ruszyła partyjna machina obrony.
Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów była wypowiedź eurodeputowanej PiS Anny Zalewskiej. Polityczka wprost przekonywała, że wszystko to, co przeciwnicy zarzucają Czarnkowi, w rzeczywistości jest jego największą zaletą. „To, co chcą zarzucić Przemysławowi Czarnkowi, jest jego atutem” – powiedziała na antenie Telewizji wPolsce24. Jej zdaniem obecne czasy wymagają właśnie takiego stylu polityki. „W tak skomplikowanym świecie, w takiej zawierusze wojennej, nie tylko tuż za granicą, ale na świecie, przy szalejących cenach energii (…) potrzebna jest linia twardości i jednoznaczności” – przekonywała.
To bardzo charakterystyczna linia obrony: przedstawianie kontrowersyjnego stylu politycznego jako dowodu siły i determinacji.
Zalewska poszła jeszcze dalej, twierdząc, że właśnie dlatego wyborcy mają zaufać Czarnkowi. „Takiemu człowiekowi ludzie chcą zaufać” – mówiła. Tyle że w polityce nie wystarczy powtarzać takich deklaracji, by stały się rzeczywistością.
Bo jeśli spojrzeć na reakcje opinii publicznej po ogłoszeniu kandydatury Czarnka, trudno mówić o powszechnym entuzjazmie. Wręcz przeciwnie – nominacja została przyjęta przez wielu wyborców jako dowód, że PiS coraz bardziej zamyka się w swojej najtwardszej części elektoratu. To z kolei oznacza jedno: partia przestaje walczyć o wyborców środka. A bez nich nie wygrywa się wyborów.
Jarosław Kaczyński przez lata był mistrzem politycznej taktyki. Potrafił wystawiać kandydatów, którzy – nawet jeśli byli mało znani – mieli szansę poszerzyć elektorat partii. Tak było w przypadku Beaty Szydło czy Andrzeja Dudy.
Wybór Przemysława Czarnka wygląda zupełnie inaczej.
To nie jest polityk, który łagodzi wizerunek partii. To polityk, który ten wizerunek jeszcze bardziej zaostrza. W praktyce oznacza to strategię polegającą na mobilizowaniu własnych zwolenników, ale kosztem utraty szans na zdobycie nowych. Dlatego coraz więcej obserwatorów sceny politycznej mówi wprost: ta nominacja może okazać się dla PiS poważnym błędem.
A reakcje polityków partii tylko wzmacniają to wrażenie. Im bardziej przekonują oni opinię publiczną, że Czarnek jest idealnym kandydatem na premiera, tym bardziej widać, że sami czują potrzebę tłumaczenia tej decyzji. W polityce jest to zawsze niebezpieczny moment.
Bo kiedy partia zaczyna nerwowo bronić własnego wyboru, zwykle oznacza to, że gdzieś w jej szeregach pojawiła się już świadomość, że ten wybór może okazać się początkiem poważnych problemów.
W przypadku PiS może to być nawet coś więcej niż problem wizerunkowy. Może to być zapowiedź wyborczej katastrofy.










