W świecie, w którym wojny zużywają zapasy rakiet i amunicji szybciej, niż przemysł jest w stanie je produkować, bezpieczeństwo zaczyna zależeć od jednego pytania: kto kontroluje produkcję i łańcuch dostaw broni. Europa próbuje na nie odpowiedzieć poprzez program SAFE. Politycy, którzy dziś go torpedują, powinni jasno powiedzieć wyborcom, czy rozumieją, że w praktyce wzmacniają w ten sposób strategiczną pozycję Rosji.
W ostatnich dniach w zachodnich mediach pojawiły się analizy, które powinny być obowiązkową lekturą dla wszystkich, którzy w Polsce z taką łatwością krytykują europejskie programy wzmacniania przemysłu obronnego, w tym mechanizm SAFE. Pokazują one rzecz bardzo prostą, choć dla części polityków niewygodną: w świecie wielu równoczesnych konfliktów nawet największa potęga militarna ma ograniczone zapasy broni.
Sojusznicy Stanów Zjednoczonych zaczynają coraz głośniej mówić o problemie, który jeszcze kilka lat temu był tematem eksperckich raportów, a dziś staje się realnym wyzwaniem strategicznym. Intensywna wojna oznacza ogromne zużycie rakiet, amunicji precyzyjnej i systemów obrony powietrznej. Jeśli konflikt się przeciąga, naturalnym odruchem każdego państwa jest zabezpieczenie własnych zapasów w pierwszej kolejności. Dopiero potem realizuje się kontrakty eksportowe.
To nie jest żadna sensacja ani „spisek”. To elementarna logika państwa prowadzącego wojnę. Problem polega na tym, że część europejskich armii przez lata opierała modernizację głównie na zakupach sprzętu produkowanego poza Europą. Ten model działał dobrze w czasie względnego spokoju. W świecie jednego dużego konfliktu regionalnego też jeszcze funkcjonuje. Ale kiedy napięcia pojawiają się równocześnie w kilku regionach – na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie czy w Azji – zaczyna się pojawiać bardzo prosty problem: produkcja broni nie nadąża za jej zużyciem.
To zjawisko widać już od czasu wojny w Ukrainie. Ogromne ilości amunicji artyleryjskiej, rakiet i systemów przeciwlotniczych znikają z magazynów w tempie, którego wcześniej nie zakładano w planach produkcyjnych. Przemysł zbrojeniowy próbuje zwiększać moce, ale nie da się tego zrobić z dnia na dzień.
Właśnie dlatego w Europie pojawiła się presja na rozwój własnego przemysłu obronnego i mechanizmy finansowe wspierające produkcję uzbrojenia. SAFE jest jednym z narzędzi tej polityki. Jego sens jest bardzo prosty: zwiększyć zdolność produkcyjną w Europie, aby kontynent nie był w pełni uzależniony od zewnętrznych łańcuchów dostaw.
Sprzeciw wobec takich mechanizmów brzmi dziś coraz bardziej oderwany od rzeczywistości. W praktyce oznacza bowiem jedno: utrzymywanie sytuacji, w której Europa – a wraz z nią Polska – pozostaje całkowicie zależna od dostaw z zewnątrz. W świecie, w którym konflikty regionalne mogą w ciągu kilku miesięcy wyczyścić magazyny rakiet i amunicji, jest to strategia skrajnie ryzykowna.
Warto powiedzieć to wprost. Politycy, którzy dziś z powodów ideologicznych atakują mechanizmy wzmacniające europejską produkcję zbrojeniową, w praktyce działają wbrew interesowi bezpieczeństwa Polski. Bo z punktu widzenia geopolityki sytuacja wygląda bardzo jasno: im słabszy przemysł obronny Europy, tym bardziej kontynent jest podatny na presję zewnętrzną. I tym łatwiej destabilizować jego bezpieczeństwo. Trudno wskazać państwo, które bardziej korzystałoby na takiej sytuacji niż Rosja.
Dlatego debata o SAFE nie jest technicznym sporem o finansowanie przemysłu. To jest spór o strategiczną zdolność Europy do obrony w świecie, w którym konflikty przestały być odległą abstrakcją, a stały się codziennością.
Marcin Tyc
Autor jest jest dziennikarzem, przedsiębiorcą, produkuje świetne sokiznatury.pl .
FB: Marcin Tyc
Twitter: Marcin Tyc










