Polska polityka widziała już wiele osobliwych momentów, ale niektóre wypowiedzi mają w sobie szczególny ciężar symboliczny. Jedna z nich padła niedawno na sejmowym korytarzu z ust Jacka Sasina. Poseł PiS, były wicepremier i jeden z najważniejszych polityków poprzedniego rządu został zapytany przez dziennikarkę o to, kto wywołał wojnę w Iranie. Odpowiedź była zaskakująco szczera.
– „Dlaczego ja mam się na ten temat wypowiadać? Nie jestem specjalistą od polityki międzynarodowej” – powiedział Sasin.
Na pierwszy rzut oka można uznać to za przejaw skromności. W polityce nie brakuje przecież ludzi, którzy z wielką pewnością siebie wypowiadają się na każdy temat – od gospodarki po konflikty zbrojne na drugim końcu świata. Problem polega jednak na tym, że te słowa wypowiada nie komentator czy ekspert z telewizji śniadaniowej, lecz były wicepremier i jeden z najbardziej wpływowych polityków w Polsce w ostatnich latach.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta deklaracja mówi więcej o stanie polskiej polityki niż niejeden raport czy analiza. Jeśli polityk tej rangi otwarcie przyznaje, że nie czuje się kompetentny, by oceniać wydarzenia na arenie międzynarodowej, to pojawia się naturalne pytanie: jak w takim razie podejmowane były decyzje w czasie, gdy współdecydował o losach państwa?
Sasin próbował oczywiście rozwinąć swoją wypowiedź. – „Ubolewam, że w ogóle dochodzi do wojen. Ubolewam, że są takie reżimy, które mordują własnych obywateli jak reżim irański” – powiedział. To jednak zdanie, które równie dobrze mógłby wypowiedzieć niemal każdy. Jest ogólne, bezpieczne i nie wnosi niczego do dyskusji o przyczynach konfliktu czy jego konsekwencjach.
Jeszcze bardziej znamienne było to, co nastąpiło później. Dopytywany o decyzje prezydenta USA Donalda Trumpa i premiera Izraela Benjamina Netanjahu dotyczące ataku na Iran, polityk PiS wyraźnie zaczął unikać odpowiedzi. – „Naprawdę, nie sądzę, że to było dzisiaj clue naszej dyskusji. To nie jest temat, który powinniśmy w Polsce rozwijać. Polska tej wojny nie wywołała” – stwierdził.
To zdanie jest charakterystyczne dla stylu uprawiania polityki, który przez lata dominował w obozie władzy PiS. Zamiast odpowiedzi pojawia się zmiana tematu. Zamiast refleksji – sugestia, że pytanie jest nie na miejscu. A kiedy rozmowa staje się niewygodna, pojawia się próba podważenia intencji rozmówcy. – „Co pani chce udowodnić? W jakiej intencji pani pyta?” – zapytał Sasin dziennikarkę.
Tymczasem pytanie było proste i całkowicie naturalne. Świat stoi dziś wobec poważnych napięć geopolitycznych. Konflikty na Bliskim Wschodzie wpływają na bezpieczeństwo, ceny energii i stabilność międzynarodową. Trudno więc uznać, że temat jest marginalny lub nieistotny dla polskiej debaty publicznej.
Sasin próbował zakończyć rozmowę w sposób, który miał nadać jego wypowiedzi bardziej poważny ton. – „Naszą intencją dzisiaj jest (…), aby skutecznie odpowiedzieć na skutki tej wojny, na której wybuch Polska nie miała wpływu” – powiedział, przypominając jednocześnie, że Stany Zjednoczone są sojusznikiem Polski.
To zdanie brzmi już jak fragment gotowego komunikatu politycznego. Problem polega jednak na tym, że trudno mówić o „odpowiadaniu na skutki wojny”, jeśli wcześniej unika się nawet próby zrozumienia jej przyczyn.
Historia tej krótkiej rozmowy jest w gruncie rzeczy historią większego problemu. Politycy chętnie zabierają głos wtedy, gdy mogą wygłaszać mocne deklaracje lub atakować przeciwników. Gdy jednak pojawiają się pytania wymagające wiedzy, analizy i odpowiedzialności, nagle okazuje się, że nie są specjalistami.
W tym sensie szczerość Jacka Sasina jest niemal odświeżająca. Rzadko zdarza się, by polityk tak otwarcie przyznał, że nie czuje się kompetentny w ważnej sprawie. Szkoda tylko, że podobna refleksja nie pojawiła się wcześniej – w czasach, gdy miał realny wpływ na decyzje państwa.
Bo w polityce brak wiedzy nie jest największym problemem. Największym jest sytuacja, w której brak wiedzy idzie w parze z władzą.










