Polityka bywa sztuką wyboru między złymi opcjami. Czasem jednak staje się sztuką brnięcia w oczywisty błąd – tylko dlatego, że przyznanie się do niego byłoby zbyt kosztowne. Ostatnie wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat kandydatury Przemysława Czarnka na premiera pokazują, że Prawo i Sprawiedliwość znalazło się właśnie w takim momencie.
Prezes PiS został w piątek w Sejmie zapytany, czy jego partia rozważy zmianę kandydata na premiera, jeśli Czarnek nie zdoła odzyskać wyborców, którzy w ostatnich latach odpłynęli od ugrupowania. Odpowiedź była jednoznaczna i – co charakterystyczne dla obecnego stylu przywództwa w PiS – bez cienia wątpliwości. „Nie będzie innego kandydata” – powiedział Kaczyński. Po czym dodał: „Jestem przekonany, że działalność pana profesora będzie z punktu widzenia naszych wyników wyborczych bardzo pożyteczna i głosodajna”.
Problem polega na tym, że w polskiej polityce niewiele jest dziś tez tak trudnych do obrony jak ta.
Przemysław Czarnek od lat jest jednym z najbardziej wyrazistych polityków obozu PiS. Wyrazistych – czyli w praktyce skrajnie polaryzujących. Jako minister edukacji zasłynął nie tyle reformami systemu oświaty, ile kolejnymi ideologicznymi sporami: z nauczycielami, środowiskami akademickimi, organizacjami społecznymi czy samorządami. Trudno wskazać grupę społeczną, którą Czarnek przyciągnąłby do PiS. Znacznie łatwiej wskazać te, które swoim stylem skutecznie zraził.
I właśnie dlatego wielu obserwatorów sceny politycznej już od miesięcy uważa jego nominację za polityczne ryzyko. Wizerunek Czarnka doskonale mobilizuje twardy elektorat PiS – ale równie skutecznie mobilizuje jego przeciwników.
Jarosław Kaczyński musi to wiedzieć. Jest zbyt doświadczonym politykiem, by nie rozumieć mechanizmów mobilizacji wyborców. Dlatego jego dzisiejszy upór wygląda raczej na próbę ratowania autorytetu własnej decyzji niż na chłodną kalkulację. Sam zresztą przyznał to pośrednio w kolejnej odpowiedzi na pytanie dziennikarzy. „Nie jest ważne, czy ja ryzykuję, czy nie. Ważne jest to, że to jest optymalna decyzja, bardzo dobra decyzja” – stwierdził.
To zdanie brzmi jednak bardziej jak deklaracja lojalności wobec własnego wyboru niż jak analiza sytuacji politycznej. Bo jeśli spojrzeć na kondycję Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich latach, widać wyraźnie, że partia nie ma dziś problemu z mobilizacją swojego najtwardszego elektoratu. Problemem jest coś zupełnie innego: brak zdolności do poszerzania poparcia.
Właśnie dlatego tak wielu polityków PiS – choć rzadko mówią o tym publicznie – z niepokojem patrzy na kandydaturę Czarnka. W prywatnych rozmowach pojawia się pytanie, czy partia nie zamyka sobie w ten sposób drogi do odzyskania bardziej umiarkowanych wyborców. W tym sensie wybór Czarnka jest symbolem szerszego problemu, z którym zmaga się dziś PiS. Partia coraz częściej podejmuje decyzje nie dlatego, że są one politycznie najrozsądniejsze, lecz dlatego, że są zgodne z logiką wewnętrznej lojalności.
Czarnek jest jednym z najbardziej lojalnych polityków wobec Jarosława Kaczyńskiego. Nigdy nie podważał jego przywództwa, zawsze bez wahania bronił partyjnej linii, nawet gdy była ona trudna do obrony. Ale lojalność nie zawsze przekłada się na zdolność wygrywania wyborów.
Paradoks polega na tym, że sam Kaczyński przez lata budował swoją legendę polityczną jako strateg, który potrafi podejmować brutalnie pragmatyczne decyzje. W przeszłości wielokrotnie odsuwał ludzi, którzy stawali się dla partii obciążeniem. Dziś jednak wygląda na to, że w przypadku Przemysława Czarnka ta zasada przestała obowiązywać.
Prezes PiS zapewnia: „jeżeli zwyciężymy, to będziemy mieli bardzo dobrego premiera”. Tyle że zanim pojawi się pytanie o jakość przyszłego premiera, PiS musi odpowiedzieć na znacznie bardziej podstawowe pytanie: czy z takim kandydatem w ogóle jest w stanie wygrać wybory.
A tego Jarosław Kaczyński – wbrew swoim deklaracjom – prawdopodobnie już dziś nie jest wcale taki pewien.










