Decyzja o wystawieniu Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera mówi więcej o kondycji Prawa i Sprawiedliwości niż setki politycznych komentarzy. Gdy Jarosław Kaczyński ogłosił w Krakowie nominację byłego ministra edukacji, miał to być sygnał mobilizacji dla partyjnego elektoratu. Zamiast tego stało się coś zupełnie innego – decyzja wywołała falę sceptycyzmu i pokazała, jak bardzo partia oderwała się od nastrojów społecznych.
Nowy sondaż SW Research przeprowadzony na zlecenie portalu Onet.pl nie pozostawia złudzeń. Na pytanie: „Czy uważasz, że Przemysław Czarnek jest dobrym kandydatem PiS na premiera?” tylko 20,7 proc. badanych odpowiedziało twierdząco. Aż 56,8 proc. oceniło tę kandydaturę negatywnie, a 22,5 proc. nie ma zdania. W praktyce oznacza to, że większość Polaków odrzuca nominata wskazanego przez Kaczyńskiego.
Jeszcze bardziej wymowne są szczegóły badania. Wśród kobiet sprzeciw wobec tej kandydatury jest szczególnie silny – 59,2 proc. uznaje ją za zły pomysł, a zaledwie 15 proc. ocenia pozytywnie. Wśród mężczyzn wyniki także są dla PiS druzgocące: tylko 26,8 proc. uważa Czarnka za dobrego kandydata na premiera, podczas gdy 54,2 proc. jest przeciwnego zdania.
Te liczby pokazują coś więcej niż chwilową niechęć. Pokazują polityczny problem, który PiS próbuje ignorować – coraz większą przepaść między partyjną narracją a opinią społeczną.
Trudno się temu dziwić. Czarnek przez lata swojej kariery politycznej zasłynął przede wszystkim z ostrego, ideologicznego języka i licznych kontrowersyjnych wypowiedzi. Jako minister edukacji prowadził politykę, która zamiast budować nowoczesny system szkolnictwa, pogłębiała konflikty światopoglądowe. Dla wielu Polaków stał się symbolem polityki konfrontacji i ideologicznego radykalizmu.
Dlatego jego nominacja na kandydata na premiera nie wygląda jak próba poszerzenia politycznego centrum. Wręcz przeciwnie – wygląda jak kolejny krok w stronę zaostrzenia partyjnej retoryki. PiS zdaje się wierzyć, że wyrazista i konfrontacyjna postać zmobilizuje jego twardy elektorat. Problem polega na tym, że wybory w Polsce wygrywa się dziś przede wszystkim w centrum sceny politycznej. A właśnie tam Czarnek budzi największy sprzeciw.
Nie jest też tajemnicą, że jego nominacja jest przede wszystkim decyzją jednego człowieka – prezesa PiS. Ogłaszając ją w Krakowie, Kaczyński pokazał, że nadal chce prowadzić partię według starego modelu: silnej centralnej kontroli i personalnych nominacji. Właśnie dlatego wielu komentatorów interpretuje tę decyzję jako znak politycznej stagnacji w PiS. Zamiast nowej twarzy czy próby zmiany tonu, partia proponuje wyborcom jednego z najbardziej konfrontacyjnych polityków ostatnich lat.
Sondaż pokazuje jednak jasno, że Polacy nie podzielają entuzjazmu partyjnego kierownictwa. Gdy ponad połowa społeczeństwa ocenia kandydaturę negatywnie, trudno mówić o szerokim mandacie społecznym. Dla PiS może to być poważny sygnał ostrzegawczy. Polityka oparta wyłącznie na mobilizacji własnego elektoratu ma swoje granice. W pewnym momencie trzeba przekonać także tych wyborców, którzy nie są ideologicznie związani z żadną partią.
Kandydatura Czarnka nie wygląda jednak na próbę takiego otwarcia. Raczej na demonstrację partyjnej lojalności i kontynuację dotychczasowej linii politycznej. Paradoks polega na tym, że decyzja Kaczyńskiego może w efekcie jeszcze bardziej utrwalić wizerunek PiS jako partii zamkniętej na zmiany. A w polityce wizerunek często decyduje o wszystkim.
Jeżeli większość Polaków już dziś mówi „nie” kandydatowi wskazanemu przez prezesa partii, to jest to sygnał, którego nie da się łatwo zignorować. W demokracji ostateczny głos należy bowiem do wyborców – a nie do partyjnych nominacji.










