W polskiej polityce nie brakuje patosu, ale rzadko kiedy przybiera on tak groteskową formę jak w wypowiedziach Zbigniewa Ziobry z Budapesztu. Były minister sprawiedliwości pojawił się na organizowanym przez Viktora Orbána „Marszu Pokoju”, gdzie – jak można było przewidzieć – wygłosił tyradę o suwerenności, historii i rzekomej utracie niepodległości przez Polskę. Problem polega na tym, że w tej opowieści jest więcej politycznej paniki niż poważnej refleksji.
Ziobro stwierdził w rozmowie z Telewizją wPolsce24: „Polska, jak i węgierska historia uczy nas jednego – niepodległości nie traci się zwykle z dnia na dzień, to jest proces. Nim doszło do rozbiorów Polski były różne traktaty, ustępstwa, zgody opakowane w bardzo nowoczesne zapisy, porozumienia. Ta historia żywcem przypomina to, co się dzisiaj dzieje.”
Brzmi to efektownie, ale trudno nie zauważyć, że jest to klasyczny przykład politycznego straszenia. W retoryce Ziobry każda europejska współpraca staje się niemal prostą drogą do rozbiorów Polski. Każde porozumienie międzynarodowe urasta do rangi zdrady narodowej. To język, który ma wywoływać emocje, a nie tłumaczyć rzeczywistość.
Jeszcze bardziej kuriozalnie brzmią jego słowa o rzekomym „namaszczeniu” polityków przez Brukselę. Ziobro przekonywał: „Tak, jak kiedyś von der Leyen namaściła Tuska na tego, który ma dbać o interesy Brukseli, a tak naprawdę Berlina, tak von der Leyen namaściła Magyara, który ma dbać o interesy Brukseli, czytaj Berlina.”
To już nie jest nawet analiza polityczna – to teoria spiskowa w najczystszej postaci. Według tej logiki każdy polityk, który nie należy do obozu Orbána czy PiS, musi być narzędziem „Berlina” lub „Brukseli”. Tego typu opowieści mają jedną funkcję: mobilizować zwolenników poprzez strach przed zewnętrznym wrogiem.
Ale w całej tej historii jest jeszcze jeden wymiar, o którym Ziobro oczywiście nie mówi. Jego demonstracyjna lojalność wobec Viktora Orbána nie wynika wyłącznie z ideologicznej wspólnoty. Węgry od lat są dla części polityków prawicy symbolem „bezpiecznej przystani” – państwa, w którym władza chroni swoich politycznych sojuszników.
Dlatego Ziobro z takim zaangażowaniem wspiera Orbána i apeluje: „Wierzę w to, że mądry naród węgierski wyciągnie wnioski w kwietniu i zagłosuje na Viktora Orbana – człowieka, który jest symbolem suwerenności, niepodległości i obrony interesów Węgier.”
Sęk w tym, że polityczna rzeczywistość na Węgrzech zaczyna się zmieniać. Sondaże pokazują coraz większe zmęczenie rządami Orbána, a opozycja po raz pierwszy od lat realnie walczy o zwycięstwo. Jeśli dojdzie do zmiany władzy, Budapeszt przestanie być miejscem politycznego komfortu dla sojuszników obecnego premiera.
Dla Ziobry to problem znacznie poważniejszy, niż mogłoby się wydawać. W Polsce jego pozycja polityczna jest dziś znacznie słabsza niż jeszcze kilka lat temu. W kraju trwa rozliczanie wielu decyzji podejmowanych w czasach, gdy kierował resortem sprawiedliwości. W takiej sytuacji każdy potencjalny sojusznik za granicą ma znaczenie.
Nic dziwnego, że w Budapeszcie słyszymy tak górnolotne deklaracje o „walce o suwerenność”. W rzeczywistości są one raczej próbą ratowania własnej politycznej przyszłości. Im bardziej niepewna sytuacja w kraju, tym więcej wielkich słów o historii, rozbiorach i narodowej tragedii.
Paradoks polega na tym, że Ziobro mówi o odwadze i niezależności, uczestnicząc w politycznym spektaklu organizowanym przez jednego z najbardziej kontrowersyjnych liderów w Europie. Występuje w roli obrońcy suwerenności, choć jego narracja opiera się głównie na straszeniu obywateli wyimaginowanymi scenariuszami.
W gruncie rzeczy cała ta opowieść nie dotyczy ani Polski, ani Węgier. Dotyczy jednego polityka, który coraz głośniej mówi o zagrożeniach, bo coraz bardziej obawia się przyszłości. Jeśli bowiem Orbán rzeczywiście straci władzę, wraz z nim może zniknąć ostatni polityczny parasol ochronny dla jego zagranicznych sojuszników.
A wtedy wielkie słowa o historii i suwerenności przestaną wystarczać.










