Prawo i Sprawiedliwość od lat powtarza, że nie chce wyprowadzić Polski z Unii Europejskiej. Problem polega na tym, że im częściej politycy tej partii to deklarują, tym więcej pojawia się pytań o rzeczywiste intencje. Ostatnie wypowiedzi Przemysława Czarnka są tego najlepszym przykładem. Polityk PiS próbuje przekonywać, że mówienie o polexicie to polityczna propaganda. Tyle że fakty z ostatnich lat pokazują coś zupełnie innego.
Czarnek zapewnia: „Z żadnej Unii Europejskiej nie wychodzimy. Polacy są w Unii Europejskiej i będą w Unii Europejskiej”. Brzmi to jednoznacznie i uspokajająco. Problem polega jednak na tym, że podobne deklaracje pojawiają się zawsze wtedy, gdy rośnie napięcie w relacjach z Brukselą albo gdy sondaże pokazują, że temat polexitu zaczyna niepokoić wyborców.
W tej samej wypowiedzi polityk PiS dodaje jednak coś, co znacznie zmienia sens jego słów. „Nie damy się wciągnąć do strefy euro” – mówi Czarnek, a następnie stawia pytanie retoryczne: „Dlaczego Niemcy mogą traktować przestrzeń Unii Europejskiej dla swoich interesów, dla interesów niemieckich? Dlaczego Francuzi, jedni z największych nacjonalistów, traktują przestrzeń Unii Europejskiej dla swoich interesów?”
To charakterystyczny sposób prowadzenia narracji przez PiS. Z jednej strony pojawia się uspokajające zdanie o pozostaniu w Unii. Z drugiej – buduje się obraz wspólnoty jako pola permanentnej rywalizacji narodowych interesów, w którym Polska jest rzekomo wykorzystywana przez silniejsze państwa.
W tej logice Unia Europejska nie jest wspólnotą współpracy, lecz areną starcia. Czarnek pyta więc: „Dlaczego Polska nie miałaby wykorzystywać jej dla swoich interesów?”. Problem polega na tym, że taka narracja nie jest próbą naprawy Unii od środka, lecz raczej systematycznym podważaniem jej sensu.
I właśnie dlatego deklaracje o braku polexitu brzmią coraz mniej przekonująco. Bo o przyszłości kraju w Unii nie decydują pojedyncze zdania w wywiadach czy na konferencjach prasowych, lecz konkretne działania polityczne.
A tych w ostatnich latach nie brakowało. Konflikt z Komisją Europejską o praworządność, wieloletnia blokada środków z Krajowego Planu Odbudowy, spory z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej – to wszystko były decyzje podejmowane przez rządy PiS.
Można oczywiście tłumaczyć je obroną suwerenności. Tak właśnie robią politycy tej partii. Jednak z perspektywy wielu europejskich partnerów wyglądało to raczej jak konsekwentne wypychanie Polski na margines wspólnoty.
Paradoks polega na tym, że dziś PiS próbuje przekonywać wyborców, iż polexit to wymysł przeciwników politycznych. Jednocześnie jednak partia wciąż posługuje się językiem, który wzmacnia antyunijne nastroje.
Wystarczy spojrzeć na sposób, w jaki Czarnek mówi o innych państwach członkowskich. Francuzi są w jego narracji „jednymi z największych nacjonalistów”, Niemcy zaś przedstawiani są jako kraj wykorzystujący Unię do realizacji własnych interesów. W takiej opowieści trudno znaleźć miejsce na ideę wspólnej Europy.
Nie chodzi przy tym o to, że państwa nie bronią swoich interesów – robią to wszystkie. Różnica polega jednak na tym, że większość europejskich polityków stara się jednocześnie wzmacniać wspólnotę, a nie podważać jej fundamenty.
Tymczasem styl uprawiania polityki przez PiS polega często na czymś przeciwnym: na ciągłym konflikcie z instytucjami europejskimi, na budowaniu atmosfery zagrożenia i na przekonywaniu wyborców, że Bruksela jest problemem.
Dlatego zapewnienia Czarnka brzmią dziś jak próba gaszenia pożaru, który jego własne środowisko polityczne współtworzyło przez lata. Bo jeśli ktoś naprawdę chce przekonać Polaków, że miejsce kraju jest w Unii Europejskiej, powinien przede wszystkim prowadzić politykę wzmacniającą tę obecność.
Słowa są ważne, ale w polityce jeszcze ważniejsze są czyny. A fakty z ostatnich lat pokazują, że między deklaracjami PiS a jego działaniami istnieje coraz większa przepaść.
I właśnie dlatego kolejne zapewnienia o tym, że „Polacy będą w Unii Europejskiej”, brzmią coraz mniej jak obietnica, a coraz bardziej jak usprawiedliwienie.










