Prawo i Sprawiedliwość coraz wyraźniej wchodzi w fazę, w której nawet przychylne mu media zaczynają wprost kpić.
Najnowszy przykład? Osobliwy sojusz Przemysława Czarnka i Jacka Kurskiego. To, co miało wyglądać jak przemyślana operacja polityczna, w oczach komentatorów zaczyna przypominać raczej scenariusz, z którego trudno się nie uśmiechnąć – i to niekoniecznie z sympatii. Co szczególnie znaczące, taki ton pojawił się na łamach tygodnika „Do Rzeczy”.
Opis tej sytuacji w „Do Rzeczy” utrzymany jest w wyraźnie ironicznym stylu. Już sam początek brzmi jak opowieść z przymrużeniem oka: „Dawno, dawno temu, w grodzie Kraka, wskazano nominata do rekomendacji na kandydata do stanowiska premiera z PiS”. Trudno nie zauważyć dystansu – to nie jest język politycznej mobilizacji, lecz subtelnej kpiny.
Bohater tej historii jest oczywisty: „Gdyby ktoś nie pamiętał, to mąż ów zwał się Przemysław Czarnek”. Ale prawdziwa oś tej opowieści pojawia się chwilę później. „Podobno autorem przemówienia wygłoszonego przez kandydata był nie kto inny jak Jacek Kurski”. W tym jednym zdaniu zawiera się sugestia, która dla wielu odbiorców mówi więcej niż rozbudowana analiza.
Zestawienie Czarnka – polityka, który ma być nową twarzą PiS – z Kurskim, kojarzonym z katastrofalną propagandą, budzi skojarzenia, które trudno uznać za odświeżające. Zamiast nowego otwarcia pojawia się raczej powrót do sprawdzonych, ale zarazem mocno zużytych metod komunikacji.
Autorzy „Do Rzeczy” idą jednak dalej. Z „doniesień wiewiórek” – jak ironicznie piszą – wynika, że Kurski nie tylko pomagał przy przemówieniu, ale wręcz „rozprowadza też kampanię ‘Promujemy Czarnka’”. I tu zaczyna się właściwa satyra. Plan tej kampanii zostaje przedstawiony niemal jak instrukcja marketingowa: „Etap pierwszy – Czarnek w Krakowie – już za nami. Etap drugi – jak najwięcej Czarnka w mediach – trwa. Zakończyć ma się wraz z nastaniem świąt. Po świętach etap trzeci – mniej Czarnka w mediach”.
To opis, który bardziej przypomina zarządzanie wizerunkiem produktu niż budowanie poważnej strategii politycznej. Trudno się więc dziwić, że autorzy kończą tę wyliczankę z wyraźną ironią: „Czujemy się podekscytowani. No dobra, nie czujemy się podekscytowani”.
Ten cytat jest szczególnie wymowny. Pokazuje, że nawet w mediach związanych z prawicą trudno dziś o autentyczne przekonanie co do sensu takich działań. Zamiast entuzjazmu pojawia się sarkazm, zamiast wiary – dystans.
To poważny sygnał ostrzegawczy dla PiS. Bo jeśli nawet „Do Rzeczy” – tygodnik od lat kojarzony z obozem prawicy – pozwala sobie na taką formę komentarza, oznacza to, że coś się zmienia. Krytyka nie płynie już wyłącznie z zewnątrz. Zaczyna być obecna także wewnątrz szeroko rozumianego zaplecza.
Sojusz Czarnka z Kurskim staje się w tym kontekście symbolem szerszego problemu. Zamiast poszukiwania nowej jakości mamy powrót do starych schematów. Zamiast świeżej energii – recykling politycznych metod, które dla wielu wyborców są już zużyte i niewiarygodne.
Śmiech, który przebija z tekstu „Do Rzeczy”, nie jest przypadkowy. To śmiech podszyty przekonaniem, że obserwujemy coś, co może zakończyć się polityczną porażką. Bo jeśli kampania zaczyna przypominać satyrę jeszcze zanim na dobre się rozwinie, to trudno oczekiwać, że zakończy się sukcesem.
A jeśli nawet przychylne media widzą w tym „smakowite szczegóły” zamiast powodu do dumy, to znak, że problem jest poważniejszy, niż mogłoby się wydawać. Być może bowiem nie mamy do czynienia z początkiem odbudowy, lecz z kolejnym krokiem w stronę politycznej klęski.











