W polskiej polityce coraz trudniej odróżnić autentyczną troskę o państwo od zwykłej gry pozorów. Najnowsze wypowiedzi Pawła Kukiza na temat Karola Nawrockiego i jego zaplecza politycznego tylko to potwierdzają. Bo choć lider Kukiz’15 próbuje ustawić się w roli surowego recenzenta władzy, jego własna wiarygodność w tej roli budzi poważne wątpliwości.
„Wielokrotnie mówiłem przedstawicielom Kancelarii Prezydenta Karola Nawrockiego, że mam dwie pretensje” – deklaruje Kukiz. Brzmi to jak stanowcza diagnoza, ale w istocie przypomina raczej spóźnione przebudzenie. Przez lata Kukiz współtworzył polityczny klimat, w którym instytucje państwa – w tym Trybunał Konstytucyjny – były stopniowo podporządkowywane bieżącej większości. Dziś krytykuje ten stan rzeczy, mówiąc, że „od kilku kadencji jest traktowany jako instrument partii władzy”, ale trudno nie zapytać: gdzie był wcześniej?
Jego uwagi o „niuansach”, które komplikują sytuację zamiast prowadzić do rozwiązań, brzmią trafnie – lecz jednocześnie obciążają również jego samego. Kukiz od lat operuje hasłami o zmianie konstytucji i naprawie systemu, jednak poza retoryką niewiele z tego wynika. Teraz zarzuca prezydentowi „zapomnienie” o powołaniu zespołu ds. zmiany konstytucji, określając to jako „priorytetowe zadanie”. Problem w tym, że sam Kukiz przez lata nie zbudował realnego zaplecza ani planu, który mógłby taką zmianę umożliwić.
Nie oznacza to jednak, że krytyka pod adresem Karola Nawrockiego i obozu Prawa i Sprawiedliwości jest bezzasadna. Wręcz przeciwnie – trafia w czuły punkt. Prezydent, który miał być symbolem nowego otwarcia i integracji różnych środowisk, zdaje się ograniczać do reaktywnej polityki i unikania trudnych decyzji. Sprawa zaprzysiężenia sędziów Trybunału Konstytucyjnego jest tego najlepszym przykładem: zamiast klarownego stanowiska mamy przedłużający się stan zawieszenia, który tylko pogłębia chaos prawny.
Co więcej, Kukiz zdaje się nie dostrzegać, że jego własna pozycja polityczna jest dziś znacznie słabsza niż kilka lat temu. Jego apele o „pakt senacki” nie mają tej siły oddziaływania co kiedyś, a moralizatorski ton może być odbierany jako próba odzyskania znaczenia, a nie rzeczywista troska o państwo.
Z kolei po stronie prezydenta i PiS widać wyraźny brak strategicznego myślenia. Jeśli Nawrocki rzeczywiście miał ambicję budowania szerokiego obozu politycznego, to dziś trudno dostrzec konkretne działania w tym kierunku. Brak inicjatywy w sprawie konstytucji, brak skutecznej koordynacji politycznej, a do tego niejasne decyzje w sprawach kluczowych instytucji – wszystko to składa się na obraz prezydentury biernej, a momentami zagubionej.
W efekcie mamy sytuację, w której jedna strona – Kukiz – krytykuje brak działania, choć sama nie oferuje realnej alternatywy, a druga – Nawrocki i jego zaplecze – sprawia wrażenie, jakby nie do końca wiedziała, w jakim kierunku zmierza. To nie jest spór o wizję państwa, lecz raczej dowód na jej brak.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że w tle tych sporów pozostają nierozwiązane problemy ustrojowe. Dyskusja o Trybunale Konstytucyjnym, o zmianie konstytucji czy o roli Senatu sprowadza się do bieżącej kalkulacji politycznej, zamiast prowadzić do trwałych reform. A to oznacza, że niezależnie od tego, kto ma rację w tym sporze, przegrywa państwo.
Bo jeśli nawet krytyka staje się elementem gry, a nie impulsem do działania, to trudno oczekiwać, że cokolwiek się zmieni.










