W sporze o państwo prawa nie ma miejsca na półśrodki. Są momenty, w których politycy muszą jasno określić, czy stoją po stronie instytucji, czy partyjnych kalkulacji. Ostatnie wypowiedzi Donalda Tuska pokazują, że rząd wybrał jednoznacznie: państwo ma działać, a prawo nie może być zakładnikiem politycznych blokad. Problem w tym, że Karol Nawrocki zdaje się iść dokładnie w przeciwnym kierunku.
Spór o ślubowanie sędziów Trybunału Konstytucyjnego stał się kolejnym symbolem tej konfrontacji. Tusk mówi jasno: „To nie jest kwestia kaprysu prezydenta. Zostali wybrani i są sędziami. Tak czy inaczej przysięgę złożą”. Trudno o bardziej klarowną deklarację. Premier nie próbuje obchodzić prawa — przeciwnie, wskazuje, że procedura została zakończona na poziomie parlamentu i nie może być dalej blokowana przez polityczną decyzję głowy państwa.
Nawrocki natomiast sprawia wrażenie polityka, który próbuje zamienić konstytucyjne obowiązki w narzędzie gry. Odmowa przyjęcia ślubowania nie jest przecież neutralnym gestem. To realne paraliżowanie instytucji, która — niezależnie od sporów wokół jej składu — pozostaje elementem systemu państwowego. W tym sensie słowa Tuska, że „prezydent nie ma możliwości wyboru”, nie są polityczną prowokacją, lecz przypomnieniem elementarnej zasady: urząd to odpowiedzialność, a nie pole do demonstracji.
Premier idzie dalej: „Sędziowie złożą ślubowanie. Jeśli prezydent nie będzie chciał być przy tym obecny, to ja na to nic nie poradzę. Będą sędziami, tak czy inaczej”. To nie jest bunt wobec prawa, jak próbują sugerować krytycy. To próba przywrócenia normalności po latach chaosu instytucjonalnego. Państwo nie może czekać, aż jeden polityk zdecyduje, czy chce wypełnić swoje obowiązki.
W tym kontekście postawa Nawrockiego budzi poważne wątpliwości. Czy mamy do czynienia z brakiem doświadczenia, czy świadomą strategią polityczną? Tusk nie pozostawia złudzeń: „Prędzej czy później dotrze do prezydenta, że współodpowiedzialność za państwo to nie jest partyjna gra ani jakieś kaprysy”. To zdanie trafia w sedno problemu. Prezydentura nie polega na budowaniu własnej pozycji kosztem instytucji, lecz na ich stabilizowaniu.
Jeszcze wyraźniej różnica między tymi dwoma podejściami ujawnia się w polityce zagranicznej. Wizyta Nawrockiego w Budapeszcie została przez premiera oceniona jednoznacznie: „W interesie Polski i Europy nie jest popieranie tych prorosyjskich działań i w ogóle prorosyjskich polityków w Europie”. To twarda, ale spójna linia — szczególnie w kontekście wojny w Ukrainie i rosnących napięć geopolitycznych.
Tymczasem działania prezydenta trudno odczytać jako element przemyślanej strategii. Tusk nie kryje rozczarowania: „Jest mi bardzo przykro, że czy przez brak kompetencji, czy ze względu na swoje poglądy (…) niestety, też na to wpływu nie mam”. To jedna z ostrzejszych ocen, jakie padły pod adresem głowy państwa, ale trudno ją uznać za nieuzasadnioną. W sytuacji, gdy Europa mierzy się z realnym zagrożeniem ze strony Rosji, gesty polityczne mają znaczenie większe niż kiedykolwiek.
Różnica między Tuskiem a Nawrockim nie sprowadza się więc do jednego sporu. To starcie dwóch wizji państwa. W pierwszej instytucje działają, nawet jeśli wymaga to zdecydowanych kroków. W drugiej — stają się narzędziem politycznej gry, w której ważniejsze jest „nie ustąpić” niż „rozwiązać problem”.
Można oczywiście dyskutować o stylu Tuska, o jego bezpośredniości czy politycznej determinacji. Ale trudno odmówić mu jednego: konsekwencji. Tam, gdzie widzi blokadę, próbuje ją przełamać. Tam, gdzie widzi chaos, próbuje przywrócić reguły.
I właśnie dlatego ten spór ma znaczenie większe niż bieżąca polityka. Bo dotyczy odpowiedzi na pytanie, czy państwo ma być sprawne — czy zakładnicze wobec ambicji pojedynczych polityków.










