Spór o Trybunał Konstytucyjny po raz kolejny odsłania słabość państwa – ale tym razem w centrum problemu znajduje się nie parlament, nie rząd, lecz sam prezydent. Zachowanie Karola Nawrockiego w sprawie ślubowania sędziów TK trudno dziś interpretować inaczej niż jako niebezpieczne uchylanie się od konstytucyjnych obowiązków. I właśnie dlatego tak mocno wybrzmiewa głos Zbigniewa Ćwiąkalskiego, który bez wahania stawia sprawę jasno.
„Prezydent nie może się uchylić” – mówi były minister sprawiedliwości. To zdanie powinno zakończyć wszelkie polityczne spekulacje. W konstytucji nie ma miejsca na uznaniowość w tej kwestii. Prezydent nie jest arbitrem wyboru sędziów, lecz organem wykonującym jasno określoną procedurę. Jak przypomina Ćwiąkalski: „tam nie jest powiedziane, że prezydent wybiera albo potwierdza wybór sędziów. Jest wyraźnie powiedziane, że ‘wybrani sędziowie TK’”.
A jednak Nawrocki próbuje stworzyć wrażenie, że ma prawo oceniać proces wyboru i na tej podstawie wstrzymywać ślubowanie. To nie tylko nadinterpretacja jego kompetencji – to ich przekroczenie. W praktyce oznacza to blokowanie funkcjonowania jednej z najważniejszych instytucji państwa.
Co więcej, sytuacja ta nie jest chwilowym zgrzytem, lecz przeciągającym się konfliktem, który paraliżuje system. Korespondencja między Kancelarią Prezydenta a Sejmem – reprezentowanym przez Włodzimierz Czarzasty – nie przynosi żadnego rozwiązania. Państwo tkwi w zawieszeniu, a odpowiedzialność za ten stan rzeczy spoczywa w dużej mierze na głowie państwa.
Ćwiąkalski nie pozostawia złudzeń co do konsekwencji takiej postawy. „Jeśli się uchyla i w ten sposób narusza przepisy konstytucji, to w grę musi wchodzić jakaś forma zastępcza” – wskazuje. To niezwykle istotna uwaga, bo oznacza, że system prawny musi znaleźć sposób na obejście blokady ze strony prezydenta. Innymi słowy: państwo nie może być zakładnikiem jednej osoby.
Propozycje alternatywnych rozwiązań – złożenie ślubowania przed Sejmem lub notariuszem – mogą wydawać się kontrowersyjne, ale w obecnej sytuacji stają się racjonalną odpowiedzią na konstytucyjny impas. „Chodzi o to, by złożyli wobec oficjalnego funkcjonariusza publicznego albo wobec instytucji, która ich wybrała” – tłumaczy Ćwiąkalski. To nie jest próba obejścia prawa, lecz próba jego uratowania.
Najmocniejsze słowa padają jednak w kontekście odpowiedzialności prezydenta. Na pytanie o możliwe konsekwencje dalszej odmowy, Ćwiąkalski odpowiada wprost: „moim zdaniem prezydentowi grozi Trybunał Stanu”. To już nie jest spór interpretacyjny. To ostrzeżenie.
I trudno uznać je za przesadzone. Jeśli prezydent świadomie nie wykonuje obowiązków wynikających z konstytucji, to narusza fundamenty państwa prawa. Nie chodzi tu o politykę, lecz o zasady. A te – w demokratycznym państwie – powinny obowiązywać wszystkich, bez wyjątku.
Postawa Nawrockiego wpisuje się niestety w szerszy problem jego prezydentury: skłonność do wchodzenia w konflikty instytucjonalne zamiast ich rozwiązywania. Zamiast stabilizować system, prezydent staje się jednym z jego głównych źródeł napięcia. Zamiast budować autorytet urzędu, naraża go na zarzuty o działanie poza konstytucją.
W efekcie mamy sytuację, w której nie tylko Trybunał Konstytucyjny pozostaje sparaliżowany, ale także rośnie niepewność co do tego, czy najwyższe organy państwa działają zgodnie z prawem. To stan groźny – nie tylko dla bieżącej polityki, ale dla całego porządku ustrojowego.
Dlatego głos Ćwiąkalskiego jest tak ważny. Przypomina, że konstytucja nie jest narzędziem politycznej gry, lecz fundamentem państwa. I że jej naruszanie – nawet pod pozorem „wątpliwości” – musi spotkać się z reakcją.
Bo jeśli prezydent może wybierać, które przepisy stosuje, a które ignoruje, to przestajemy mieć do czynienia z państwem prawa. A zaczynamy z systemem, w którym wszystko zależy od woli jednego człowieka.










