Są politycy, którzy rozumieją, że demokracja to dialog — nawet trudny, nawet niewygodny. Są też tacy, którzy każdą próbę zadania pytania traktują jak atak. Wystąpienie Zbigniewa Boguckiego na sejmowym korytarzu pokazuje jasno, do której grupy należy dziś szef Kancelarii Prezydenta. I niestety — coraz wyraźniej widać, że jego styl jest odbiciem stylu jego przełożonego, Karola Nawrockiego.
Zaczęło się od pytania o przeprosiny wobec dziennikarza. Proste, konkretne, uzasadnione. Odpowiedź? Klasyczne unikanie odpowiedzialności. „Ale za co?” — zapytał Bogucki. A gdy przypomniano mu jego słowa o „ćwierć-dziennikarzu”, próbował wycofać się w pół kroku: „ja nie odnosiłem się w żaden sposób do osoby (…) tylko do zachowania”. Problem w tym, że obrażanie zawodu dziennikarza przez polityka pełniącego jedną z najważniejszych funkcji w państwie nie staje się nagle akceptowalne tylko dlatego, że zostanie opakowane w semantyczną sztuczkę.
Jeszcze bardziej wymowne było dalsze rozwinięcie tej wypowiedzi. Bogucki tłumaczył, że „ćwierćinteligent (…) to jest osoba, która (…) chce prezentować się jako inteligent, ale nim nie jest”. Trudno o bardziej jaskrawy przykład protekcjonalnego tonu. Zamiast refleksji — pouczanie. Zamiast przeprosin — eskalacja.
To jednak dopiero początek. Kiedy dziennikarze próbowali uzyskać odpowiedzi na konkretne pytania, Bogucki przeszedł do frontalnego ataku. „Manipulujecie, manipulowaliście i będziecie manipulować. Jesteście stacją, która manipuluje (…) propagandową przybudówką Donalda Tuska” — powiedział wprost. To nie jest krytyka mediów. To jest próba ich delegitymizacji. Jeśli każdą niewygodną rozmowę nazywa się „manipulacją”, to znaczy, że problemem nie są dziennikarze — lecz brak gotowości do odpowiedzi.
Jeszcze bardziej niepokojący jest sposób, w jaki Bogucki traktuje samą ideę rozmowy. „Rozumiem, że wywiad polega na tym, że ktoś zadaje pytania, a druga osoba może jednak odpowiedzieć, prawda?” — mówił, jakby to dziennikarze łamali zasady, a nie on unikał odpowiedzi. To odwrócenie ról jest charakterystyczne: polityk stawia się w roli ofiary, choć to on dysponuje władzą i przewagą.
Kulminacją tej postawy był moment, w którym zwrócił się do dziennikarza słowami: „Rozumiem, że pan rozumie po polsku?”. To już nie jest nawet subtelna aluzja. To jawne podważanie kompetencji rozmówcy, podszyte ironią i lekceważeniem. Nic dziwnego, że padła natychmiastowa odpowiedź: „Proszę mnie nie obrażać”.
Ten styl — agresywny, konfrontacyjny, pełen wyższości — nie jest przypadkiem. To dokładnie ten sam schemat, który od miesięcy obserwujemy w zachowaniu prezydenta Nawrockiego. Tam również pojawiają się napięcia z mediami, tam również pytania traktowane są jak prowokacje. Bogucki nie tylko go powiela — on go wzmacnia.
Warto przy tym zwrócić uwagę na paradoks. Polityk, który zarzuca mediom brak obiektywizmu, sam nie jest w stanie zachować elementarnej powściągliwości. Zamiast odpowiadać na pytania o spotkanie z Viktorem Orbanem, wybiera atak na pytających. Zamiast wyjaśniać — oskarża. Zamiast budować zaufanie — je podkopuje.
To nie jest tylko kwestia stylu. To problem jakości demokracji. Bo jeśli przedstawiciele władzy uznają, że mogą bez konsekwencji obrażać dziennikarzy i odmawiać odpowiedzi na pytania, to znaczy, że coś w systemie przestaje działać. Media nie są wrogiem — są jednym z fundamentów kontroli władzy.
Bogucki zdaje się tego nie rozumieć. A może rozumie — ale świadomie wybiera inną drogę. Drogę konfrontacji, w której każdy krytyk staje się przeciwnikiem, a każde pytanie — atakiem.
I właśnie dlatego jego wystąpienie budzi tak duży sprzeciw. Bo nie chodzi tylko o jedno spięcie na korytarzu sejmowym. Chodzi o szerszy trend — o sposób, w jaki władza zaczyna traktować tych, którzy mają prawo ją rozliczać. A to zawsze powinno budzić czujność.










