Są sytuacje, które powinny wyznaczać granice polityki. Sprawa z Kłodzka — wstrząsająca, odrażająca, dotykająca najbardziej bezbronnych — bez wątpienia do nich należy. W takich momentach odpowiedzialność liderów polega na tym, by mówić o faktach, wspierać ofiary i wzmacniać zaufanie do państwa. Tymczasem reakcja Jarosława Kaczyńskiego pokazuje coś dokładnie odwrotnego: próbę wykorzystania ludzkiej tragedii do celów partyjnej propagandy.
Lider PiS nie skupił się na systemowych wnioskach ani na tym, jak zapobiegać podobnym zbrodniom w przyszłości. Zamiast tego postawił na polityczny atak, domagając się od przeciwników „elementarnego poczucia wstydu”. Jak stwierdził: „przede wszystkim jakiegoś elementarnego poczucia wstydu i pokazania społeczeństwu, że się wstydzą, bardzo im przykro”. Problem polega na tym, że te słowa brzmią jak moralny szantaż, a nie odpowiedzialna refleksja.
Jeszcze dalej idzie próba ideologicznego uogólnienia. Kaczyński stwierdził: „nie ma wątpliwości, że lewacka ideologia (…) bardzo ułatwia podejmowanie przez ludzi tego rodzaju tragicznych i zbrodniczych decyzji”. To zdanie jest nie tylko skrajnie kontrowersyjne, ale przede wszystkim niebezpieczne. Łączenie indywidualnej, potwornej zbrodni z szeroko rozumianą „ideologią” to klasyczny przykład manipulacji, która ma na celu przeniesienie odpowiedzialności z konkretnych sprawców na całe środowisko polityczne.
Tego rodzaju retoryka nie służy wyjaśnieniu sprawy. Ona ją zaciemnia. Zamiast mówić o faktach — buduje emocjonalną narrację, w której przeciwnik polityczny staje się winny wszystkiego. To wygodne, ale intelektualnie nieuczciwe. I przede wszystkim — głęboko krzywdzące dla ofiar, których dramat zostaje sprowadzony do roli argumentu w sporze.
Równie znamienne jest stanowisko Kaczyńskiego wobec wyroku. „Prokurator żądał 18 lat i tyle powinna dostać” — powiedział, odnosząc się do jednej z oskarżonych. W ten sposób lider partii politycznej wchodzi w rolę recenzenta niezależnego sądu, sugerując, jaka kara „powinna” zostać wymierzona. To nie tylko podważanie autorytetu wymiaru sprawiedliwości, ale także próba dostosowania prawa do politycznej narracji.
Całość tej wypowiedzi wpisuje się w szerszy schemat działania PiS, w którym każda trudna sytuacja staje się okazją do ataku na przeciwnika. Nie ma tu miejsca na niuanse, na analizę, na odpowiedzialność. Jest za to prosty podział: „my” i „oni”, dobro i zło, moralność i „ideologia”. Problem w tym, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana — a takie uproszczenia prowadzą tylko do dalszej polaryzacji.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, jak łatwo w tej narracji znika człowiek. Ofiary przestają być w centrum uwagi, stają się jedynie tłem dla politycznych tez. Ich cierpienie zostaje wykorzystane jako narzędzie, które ma wzmocnić przekaz i uderzyć w przeciwnika. To przekroczenie granicy, której nie powinno się przekraczać nigdy — niezależnie od politycznych kalkulacji.
Kaczyński od lat buduje swoją pozycję jako strażnik wartości i moralności. Jednak właśnie w takich momentach ta narracja podlega najtrudniejszej próbie. Bo prawdziwa odpowiedzialność nie polega na wskazywaniu winnych wśród przeciwników, lecz na powstrzymaniu się od wykorzystywania tragedii dla własnych celów.
Sprawa z Kłodzka powinna skłaniać do refleksji, a nie do politycznych oskarżeń. Powinna jednoczyć w sprzeciwie wobec przemocy, a nie dzielić według partyjnych linii. Tymczasem reakcja lidera PiS pokazuje, że dla części klasy politycznej nawet najbardziej dramatyczne wydarzenia są jedynie kolejną okazją do prowadzenia walki.
I to właśnie jest największy problem. Nie tylko tej jednej wypowiedzi, ale całego stylu uprawiania polityki, w którym granice przyzwoitości coraz częściej przestają obowiązywać.











