W polityce bywają momenty, gdy przeszłość wraca ze zdwojoną siłą. Dla Mariusza Kamińskiego właśnie nadszedł taki czas – i wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek jego problemów. Wniosek o uchylenie immunitetu, skierowany do Parlamentu Europejskiego przez Prokuratora Generalnego Waldemara Żurka, nie jest jedynie kolejnym epizodem politycznego sporu. To sygnał, że sprawy sprzed lat mogą mieć bardzo realne konsekwencje tu i teraz.
Sprawa dotyczy działań z lat 2007–2009, kiedy Kamiński kierował Centralnym Biurem Antykorupcyjnym. Już same zarzuty brzmią poważnie: „inicjowanie i zatwierdzanie” czynności operacyjnych „bez podstawy faktycznej i prawnej”. Według śledczych działania te nie były elementem standardowej pracy służb, lecz realizacją z góry przyjętej tezy. Innymi słowy – najpierw powstało przekonanie o winie, a dopiero potem zaczęto szukać dowodów.
Kluczowym elementem tej historii jest tzw. operacja „Krystyna”. Jak wskazuje prokuratura, jej celem było „zrealizowanie z góry powziętego zamiaru skierowania postępowania karnego przeciwko Jolancie i Aleksandrowi Kwaśniewskim”. To zdanie powinno wybrzmieć szczególnie mocno. Bo jeśli instytucja państwowa działa w oparciu o założoną tezę, a nie o fakty, to mamy do czynienia z odwróceniem logiki państwa prawa.
Jeszcze bardziej wymowny jest drugi zarzut. Dotyczy on operacji polegającej na niejawnym nabyciu nieruchomości w Kazimierzu Dolnym. Jak podaje prokuratura, działania te zostały podjęte „mimo braku przesłanek”, a ich celem było potwierdzenie tezy, że „rzeczywistymi właścicielami tego domu są państwo Kwaśniewscy”. Problem w tym, że – jak przyznają śledczy – „cel operacji (…) nie został osiągnięty”.
To prowadzi do najpoważniejszego oskarżenia: że działania CBA „nie zmierzały do wykrycia sprawców popełnionego przestępstwa, lecz prowadziły de facto do wykreowania nowego zdarzenia przestępnego”. Jeśli ta interpretacja się potwierdzi, będziemy mieli do czynienia nie z nadużyciem, lecz z systemowym wypaczeniem roli służb specjalnych.
W tym kontekście trudno dziwić się, że Kamiński ma dziś kolejne powody do zmartwień. Wniosek o uchylenie immunitetu to nie tylko formalność – to otwarcie drogi do postawienia zarzutów i ewentualnego procesu. A ten, jeśli do niego dojdzie, może stać się jednym z najgłośniejszych rozliczeń działań służb w III RP.
Nie sposób też pominąć szerszego kontekstu politycznego. Przez lata Kamiński był przedstawiany jako symbol bezkompromisowej walki z korupcją. Dla jego zwolenników był człowiekiem, który „nie bał się ruszać układów”. Problem polega na tym, że walka z patologiami państwa nie może sama przybierać patologicznych form. Bo wtedy przestaje być walką o standardy, a zaczyna być ich naruszeniem.
Obrońcy Kamińskiego będą zapewne mówić o „politycznej zemście” – i takie narracje już się pojawiają. Jednak sprowadzanie całej sprawy do bieżącej walki partyjnej jest niebezpiecznym uproszczeniem. Bo tu chodzi o coś więcej niż politykę. Chodzi o odpowiedź na pytanie, czy służby mogą działać poza granicami prawa, jeśli są przekonane o swojej racji.
Warto też zauważyć, że sprawa „willi Kwaśniewskich” przez lata była symbolem politycznych napięć i medialnych spekulacji. Dziś wraca w zupełnie innym kontekście – jako potencjalny przykład nadużycia władzy. I to właśnie ten kontekst jest dla Kamińskiego najtrudniejszy.
Bo nie chodzi już o interpretacje czy polityczne sympatie. Chodzi o konkretne decyzje, podpisy i działania. A te – jak wynika z materiałów prokuratury – mogą być trudne do obrony.
Można więc powiedzieć, że „teatr zemsty”, o którym mówią niektórzy, jest w istocie teatrem odpowiedzialności. I choć jego scenariusz nie jest jeszcze przesądzony, jedno wydaje się pewne: dla Mariusza Kamińskiego to dopiero początek bardzo poważnych problemów.











