W obliczu wstrząsających deklaracji Donalda Trumpa, polska opinia publiczna mogła oczekiwać jednego: jasnej reakcji, stanowczości i dyplomatycznej inicjatywy. Zamiast tego otrzymaliśmy pokaz politycznej asekuracji, w którym pierwsze skrzypce gra Zbigniew Bogucki — a w tle milczy Karol Nawrocki.
Sprawa jest poważna. Prezydent USA zasugerował możliwość wyjścia Stanów Zjednoczonych z NATO. To nie jest zwykła „medialna informacja”, jak próbuje to przedstawiać Bogucki. To potencjalny punkt zwrotny dla bezpieczeństwa Europy, w tym Polski. Tymczasem reakcja ze strony Kancelarii Prezydenta przypomina raczej próbę przeczekania problemu niż realne działanie.
Bogucki, zapytany o sprawę, stwierdził: „Różne słowa padają w przestrzeni publicznej i myślę, że tutaj trzeba do tego, jak to w dyplomacji, zawsze podchodzić ze spokojem, z dystansem”. Tyle że w dyplomacji spokój nie oznacza bierności, a dystans — unikania odpowiedzi. W tym przypadku mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym niż kolejną medialną plotką.
Jeszcze bardziej niepokojące jest to, czego zabrakło. Nie padła żadna deklaracja, że prezydent Nawrocki podejmie próbę bezpośredniej rozmowy z Trumpem. Nie usłyszeliśmy, że Polska zamierza aktywnie działać na rzecz utrzymania jedności Sojuszu. Zamiast tego pojawiło się rozmywanie problemu: „Gdyby zajmować się wszystkimi wypowiedziami […] to zajmowalibyśmy się wieloma rzeczami, które później […] w żaden sposób się nie materializują”.
To zdanie jest esencją problemu. Polityka — jak słusznie zauważył sam Bogucki — „to zdolność osiągania celów”. Ale jak osiągać cele, jeśli unika się nawet zadania podstawowego pytania? Dlaczego prezydent Nawrocki nie miałby zapytać Trumpa wprost: czy rzeczywiście rozważa wycofanie USA z NATO? Czy Polska nie powinna być jednym z pierwszych państw, które reagują na takie sygnały?
Milczenie w tej sprawie nie jest neutralne. Jest sygnałem słabości. W polityce międzynarodowej brak reakcji bywa interpretowany jako brak znaczenia. A Polska, znajdująca się na wschodniej flance NATO, nie może sobie pozwolić na bycie biernym obserwatorem.
Bogucki próbuje uspokajać, mówiąc: „Relacje Polski i USA są jak najlepsze, jesteśmy sojusznikami i głęboko wierzę, że pozostaniemy sojusznikami w NATO”. Wiara to jednak za mało. W dyplomacji liczą się działania, rozmowy, naciski i jasne komunikaty. Sojusze nie trwają dzięki nadziei, lecz dzięki konsekwentnej polityce.
Niepokoi również sposób, w jaki szef KPRP przerzuca odpowiedzialność na inne państwa. Wskazując na „niektóre państwa zachodnie”, które rzekomo „w sposób frywolny […] nie wypełniały swoich zobowiązań”, Bogucki odwraca uwagę od sedna sprawy. Nawet jeśli to prawda, nie zmienia to faktu, że potencjalne wycofanie USA z NATO byłoby ciosem dla całego Sojuszu — niezależnie od win i zaniedbań jego członków.
Najbardziej uderzające w tej sytuacji jest jednak to, że Polska — kraj, który wielokrotnie podkreślał swoje strategiczne partnerstwo ze Stanami Zjednoczonymi — nie wykorzystuje tej relacji w momencie próby. Zamiast aktywnej dyplomacji mamy zachowawczość. Zamiast inicjatywy — tłumaczenia.
Można odnieść wrażenie, że prezydent Nawrocki boi się zadać zasadnicze pytanie. Być może obawia się odpowiedzi. Być może nie chce ryzykować napięcia w relacjach. Ale polityka nie polega na unikaniu trudnych rozmów. Polega na ich prowadzeniu — zwłaszcza wtedy, gdy stawką jest bezpieczeństwo państwa.
Dzisiejsza sytuacja pokazuje wyraźnie: problemem nie są słowa Trumpa, lecz brak adekwatnej reakcji po polskiej stronie. Bo w świecie polityki międzynarodowej cisza bywa głośniejsza niż najostrzejsze deklaracje. A Nawrocki…? No cóż, zamiast zadawać Trumpowi niewygodne pytania, woli fotografować się w kokpicie F 35.











