Polska polityka od lat porusza się między emocją a pamięcią, ale rzadko kiedy napięcie między tymi dwoma porządkami było tak wyraźne jak dziś. W dniu kolejnej rocznicy Katastrofy Smoleńskiej znów zobaczyliśmy, jak łatwo tragedia narodowa staje się narzędziem bieżącej walki politycznej. I jak trudno niektórym środowiskom pogodzić się z tym, że polityka to coś więcej niż nieustanne odgrywanie tego samego dramatu.
Głos w tej sprawie zabrał Donald Tusk, publikując wpis, który wywołał burzę: „Kaczyńskiemu nie wyszedł Budapeszt w Warszawie, ale bardzo możliwe, że od niedzieli będziemy mieli Warszawę w Budapeszcie”. To zdanie, choć z pozoru dotyczy sytuacji międzynarodowej i wyborów na Węgrzech, jest w istocie trafną diagnozą polityki prowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego i jego obóz.
Kaczyńskiemu nie wyszedł Budapeszt w Warszawie, ale bardzo możliwe, że od niedzieli będziemy mieli Warszawę w Budapeszcie.
— Donald Tusk (@donaldtusk) April 10, 2026
Reakcja była przewidywalna. Środowiska związane z Prawem i Sprawiedliwością natychmiast zarzuciły Tuskowi brak szacunku dla rocznicy. Pojawiły się oskarżenia, że „nie uszanuje żadnej świętości”, że zamiast refleksji wybrał atak polityczny. Problem polega jednak na tym, że to właśnie PiS przez lata uczynił ze Smoleńska narzędzie politycznej mobilizacji. Trudno dziś oczekiwać, by inni uczestnicy życia publicznego udawali, że tak nie było.
Tusk nie zaatakował pamięci o ofiarach. Skrytykował konkretną wizję państwa, którą od lat próbuje realizować Kaczyński – wizję inspirowaną modelem węgierskim, czyli koncentracją władzy, podporządkowaniem instytucji i ograniczaniem niezależności sądów czy mediów. „Budapeszt w Warszawie” to nie metafora przypadkowa. To skrót myślowy opisujący realny kierunek zmian, który wielu Polaków dostrzegło i odrzuciło w ostatnich wyborach.
Dziś sytuacja się odwraca. To nie Polska zmierza w stronę węgierskiego modelu, lecz – jak sugeruje Tusk – możliwy jest wpływ odwrotny. „Warszawa w Budapeszcie” oznacza nadzieję na zmianę, na powrót do standardów demokratycznych w regionie. I właśnie ta perspektywa wydaje się najbardziej irytująca dla PiS.
Jarosław Kaczyński od lat buduje swoją polityczną tożsamość na konflikcie. Potrzebuje przeciwnika, którego można obarczyć odpowiedzialnością za wszystko – od błędów transformacji po współczesne napięcia. W tej roli idealnie obsadzony został Tusk. Problem w tym, że taka strategia przestaje działać, gdy rzeczywistość zaczyna przeczyć opowieści.
Bo czy naprawdę można przekonująco twierdzić, że Tusk „nie szanuje świętości”, skoro to właśnie jego rząd funkcjonuje dziś w ramach instytucji odbudowywanych po latach ich osłabiania? Czy można mówić o cynizmie, ignorując fakt, że przez lata rocznice Smoleńska były wykorzystywane jako polityczne manifestacje jednej partii?
Nie chodzi o to, by deprecjonować wagę tej tragedii. Chodzi o to, by przestać traktować ją jako narzędzie polityczne. W tym sensie reakcja PiS na wpis Tuska jest znamienna – zamiast odnieść się do meritum, czyli krytyki modelu władzy, partia wybiera oburzenie i moralne oskarżenia.
Prawo i Sprawiedliwość znalazło się dziś w trudnym położeniu. Po utracie władzy musi na nowo zdefiniować swoją rolę. Tymczasem zamiast szukać nowych pomysłów, wraca do sprawdzonych schematów: emocji, symboli i personalnych ataków. To jednak może nie wystarczyć.
Tusk, niezależnie od ocen jego polityki, reprezentuje dziś coś, czego w polskiej debacie długo brakowało – próbę wyjścia poza zamknięty krąg konfliktu. Jego wpis, choć ostry, dotyka realnego problemu: kierunku, w jakim zmierzała Polska pod rządami PiS. I ostrzega przed powrotem do tej drogi.
Polska nie musi być ani Budapesztem, ani jego kopią. Może być państwem, które uczy się na własnych doświadczeniach i potrafi wyciągać wnioski. Warunkiem jest jednak odejście od polityki opartej wyłącznie na emocjach i wrogach.
A to zadanie, z którym Jarosław Kaczyński i jego obóz wciąż mają wyraźny problem.










