Spór o Trybunał Konstytucyjny wchodzi w kolejną fazę – coraz mniej przypominającą debatę prawną, a coraz bardziej polityczny chaos. W centrum tej sytuacji znalazł się Karol Nawrocki, który – zamiast porządkować kryzys – zdaje się go pogłębiać. I co gorsza, robi to w sposób, który coraz trudniej uznać za spójny czy przemyślany.
Oficjalny przekaz Pałacu Prezydenckiego, przedstawiony przez rzecznika Rafała Leśkiewicza, brzmi pozornie logicznie: „Pan prezydent poprosi TK o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego. Kiedy spór zostanie rozstrzygnięty […], to Pan prezydent do tej decyzji się zastosuje”. Problem polega na tym, że ta decyzja nie jest początkiem sporu – lecz jego konsekwencją. I to konsekwencją wcześniejszych działań samego prezydenta.
Bo trudno nie zauważyć, że Karol Nawrocki najpierw sam stworzył sytuację konfliktową, dopuszczając do ślubowania tylko części sędziów wybranych przez Sejm, a dopiero potem postanowił oddać sprawę do rozstrzygnięcia Trybunałowi. To klasyczny przykład polityki „najpierw działanie, potem szukanie uzasadnienia”.
Jeszcze bardziej wymowne są słowa rzecznika: „Trafiły do Kancelarii Prezydenta dokumenty […] notarialne, przy czym nie mają żadnej mocy prawnej”. To stanowisko pokazuje, że Pałac Prezydencki próbuje unieważnić działania, które dla wielu prawników mają znaczenie formalne. Zamiast wyjaśnić sytuację – pogłębia ją.
Najbardziej uderzające jest jednak coś innego: brak konsekwencji. Leśkiewicz przyznaje, że prezydent „nie ma wątpliwości co do 2 sędziów”, ale wobec czterech „są wątpliwości formalno-prawne”. Skąd ta różnica? Dlaczego jedni sędziowie spełniają kryteria, a inni – wybrani w tym samym trybie – już nie? Odpowiedź nie pada, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi tu o prawo, lecz o politykę.
I tu pojawia się kluczowy kontekst. Działania Nawrockiego coraz częściej postrzegane są jako zgodne z linią Prawo i Sprawiedliwość i politycznymi oczekiwaniami płynącymi z ulicy Nowogrodzkiej. To nie jest zarzut bez pokrycia – to obserwacja wynikająca z ciągłości decyzji i ich skutków. W sprawie sędziów Trybunału prezydent nie działał jak niezależny arbiter, lecz raczej jak wykonawca określonej strategii.
Problem w tym, że ta strategia najwyraźniej się załamała. Dziś prezydent znajduje się w sytuacji, z której trudno znaleźć wyjście bez utraty wiarygodności. Z jednej strony podważył wybór części sędziów, z drugiej – nie jest w stanie przedstawić przekonującego rozwiązania. Efekt? Polityczny „kozi róg”.
Widać to choćby w wypowiedziach rzecznika: „Ta procedura nie jest zakończona” oraz „wystarczyło poczekać”. Ale na co właściwie mieli czekać sędziowie? Na decyzję, która nie ma wyraźnej podstawy prawnej? Na analizę, której efektem jest dopiero skierowanie sprawy do Trybunału? Te pytania pozostają bez odpowiedzi.
Co więcej, narracja Pałacu Prezydenckiego zaczyna przybierać coraz bardziej polityczny charakter. Leśkiewicz mówi o „teatrze politycznym, którego scenariusz napisał premier Tusk”. To już nie jest język urzędu prezydenckiego, lecz język sporu partyjnego. A to tylko wzmacnia wrażenie, że prezydent nie jest bezstronnym uczestnikiem tej sytuacji.
Tymczasem rola głowy państwa powinna być inna. Prezydent ma stać na straży konstytucji – nie wybiórczo, nie uznaniowo, nie w zależności od bieżących interesów politycznych. Gdy zaczyna działać inaczej, traci swoją podstawową funkcję.
Karol Nawrocki znalazł się dziś w sytuacji, którą sam współtworzył. Podążając za politycznymi wytycznymi, wszedł w spór, którego nie potrafi rozwiązać. Skierowanie sprawy do Trybunału to nie rozwiązanie – to próba odsunięcia problemu w czasie.
Ale polityczne rachunki prędzej czy później trzeba rozliczyć. A wtedy może się okazać, że największym problemem nie będzie sam spór o sędziów, lecz utrata zaufania do instytucji, która powinna stać ponad nim.










