Spór o Trybunał Konstytucyjny przestał być już tylko konfliktem prawnym czy instytucjonalnym. Stał się testem tego, czy państwo jest w stanie obronić swoje podstawowe zasady przed polityczną ingerencją. W tym kontekście słowa Jana Grabca nie są przesadą, lecz trafną diagnozą sytuacji, w której działania Karola Nawrockiego coraz wyraźniej podważają normalne funkcjonowanie państwa.
„Prezydent nie będzie bezkarnie sabotował Państwa Polskiego. Psy szczekają, karawana jedzie dalej. 6 nowych sędziów TK przywraca w Polsce praworządność” — napisał Grabiec. To komunikat bez dyplomatycznych ozdobników, ale oddający istotę problemu: mamy do czynienia z konfliktem między działaniem instytucji państwa a polityczną blokadą ze strony prezydenta.
Wydarzenia ostatnich dni pokazują jasno, gdzie leży sedno sporu. Sejm wybrał nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a mimo to prezydent nie dopełnił swojego obowiązku przyjęcia od nich ślubowania. Zamiast tego zdecydował się na selektywne działania, które trudno uznać za zgodne z konstytucją. To nie jest już kwestia interpretacji przepisów — to problem podstawowego respektowania reguł państwa.
Grabiec nazywa rzeczy po imieniu: „sabotowanie państwa”. To słowo brzmi ostro, ale czy rzeczywiście jest nieadekwatne? Jeśli głowa państwa blokuje funkcjonowanie jednego z kluczowych organów konstytucyjnych, trudno znaleźć łagodniejsze określenie. Państwo nie może działać wybiórczo, według uznania jednej osoby — nawet jeśli jest nią prezydent.
Warto przy tym pamiętać, że obecny kryzys nie wziął się znikąd. To efekt wieloletniej polityki Prawo i Sprawiedliwość, która systematycznie osłabiała niezależność instytucji. Trybunał Konstytucyjny był jednym z pierwszych celów tej strategii. Dziś zbieramy jej konsekwencje: chaos, brak zaufania i spory, które powinny być rozstrzygane w sposób jednoznaczny.
Dlatego decyzja o zaprzysiężeniu sędziów w innej formule — choć nietypowa — była próbą wyjścia z impasu. Państwo nie może pozwolić sobie na paraliż tylko dlatego, że jeden organ odmawia działania. W takich sytuacjach konieczne są rozwiązania nadzwyczajne, ale mieszczące się w logice przywracania ładu konstytucyjnego.
Słowa Grabca o „karawanie, która jedzie dalej” dobrze oddają tę determinację. To sygnał, że mimo oporu ze strony prezydenta proces odbudowy instytucji będzie kontynuowany. I słusznie. Bo alternatywą byłoby pogodzenie się z sytuacją, w której prawo przestaje obowiązywać wszystkich jednakowo.
Nie bez znaczenia jest także wymiar polityczny tej sprawy. PiS przez lata budował narrację o obronie państwa i suwerenności. Dziś jednak to właśnie działania ludzi związanych z tym obozem podważają funkcjonowanie kluczowych instytucji. To odwrócenie ról, które coraz trudniej ukryć za hasłami o „reformie” czy „naprawie”.
Grabiec nie owija w bawełnę, bo sytuacja tego wymaga. W państwie prawa nie ma miejsca na półśrodki. Albo instytucje działają zgodnie z konstytucją, albo stają się narzędziem politycznej gry. W przypadku Trybunału Konstytucyjnego stawka jest szczególnie wysoka — to on ma być ostatecznym strażnikiem prawa.
Dlatego tak ważne jest, by przywrócić jego wiarygodność. „6 nowych sędziów TK przywraca w Polsce praworządność” — to zdanie można uznać za deklarację polityczną, ale także za wyznaczenie kierunku. Odbudowa instytucji nie dokona się jednym ruchem, ale każdy krok w stronę normalności ma znaczenie.
Krytycy będą mówić o eskalacji konfliktu. Ale prawdziwa eskalacja zaczęła się wtedy, gdy instytucje państwa zaczęto traktować jako narzędzia w rękach władzy. Dzisiejsze działania są próbą odwrócenia tego procesu.
I właśnie dlatego głos Grabca jest dziś ważny. Bo przypomina, że państwo nie jest własnością żadnej partii ani żadnego polityka. I że nawet najwyższe urzędy nie dają prawa do ignorowania konstytucji.











