Debata o przyszłości polskiej nauki powinna być poważna. Tymczasem wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego w Bydgoszczy trudno traktować inaczej niż jako polityczną deklarację bez pokrycia. Nie dlatego, że przedstawione postulaty są złe — przeciwnie, wiele z nich brzmi sensownie. Problem polega na tym, że padają z ust polityka, którego obóz miał osiem lat, by je zrealizować.
Na Politechnice Bydgoskiej PiS zaprezentowało swoje propozycje dla nauki pod hasłem „Myśląc Polska. Alternatywa 2.0”. Brzmi ambitnie. „3 proc. PKB na naukę to minimum, żeby iść do przodu”, „uczelnie potrzebują stabilnych pieniędzy”, „czas na uczciwe wynagrodzenia” — to postulaty, które trudno kwestionować. Tyle że są to postulaty spóźnione o co najmniej jedną kadencję.
Bo gdzie był ten program, gdy Prawo i Sprawiedliwość rządziło samodzielnie przez dwie kadencje? Dlaczego wtedy nie było 3 proc. PKB na naukę? Dlaczego młodzi naukowcy nadal zaczynali od niskich pensji? Dlaczego uczelnie wciąż zmagały się z niedofinansowaniem? Odpowiedź jest prosta: bo to nigdy nie było dla PiS realnym priorytetem.
Kaczyński mówi dziś: „mamy już zarys programu dla nauki (…) najambitniejszy ze wszystkich, jakie do tej pory przedstawiono”. To zdanie brzmi imponująco, ale trudno nie zauważyć jego zasadniczej słabości. Ambicja programu nie ma znaczenia, jeśli nie idzie za nią zdolność do realizacji. A tej — jak pokazały lata rządów PiS — zabrakło.
Jeszcze bardziej znamienne są ogólne diagnozy prezesa PiS. „Pozycja w życiu naukowym jest bardzo ważna po to, żeby to, co w Polsce powstaje było dostrzegane na świecie” — mówi Kaczyński. Trudno się z tym nie zgodzić. Tyle że to zdanie mogłoby paść na dowolnej konferencji naukowej, niezależnie od kontekstu politycznego. Nie wnosi nic nowego, nie proponuje konkretnych rozwiązań, nie rozlicza przeszłości.
A to właśnie przeszłość jest tutaj kluczowa. Przez osiem lat PiS miał pełnię władzy: rząd, parlament, prezydenta. Miał wszystkie narzędzia, by przeprowadzić głęboką reformę nauki i szkolnictwa wyższego. Miał możliwość zwiększenia finansowania, poprawy warunków pracy naukowców, stworzenia systemu przyciągania talentów. I co z tego zostało? W dużej mierze — niewykorzystany potencjał.
Kaczyński mówi dziś o „zabieganiu o utalentowanych ludzi, którzy wyjeżdżają z kraju”. Problem w tym, że to właśnie w czasie rządów PiS wielu młodych naukowców decydowało się na emigrację. Nie dlatego, że nie chcieli pracować w Polsce, ale dlatego, że nie widzieli tu dla siebie perspektyw. Hasła o „powstrzymaniu drenażu mózgów” brzmią więc jak spóźniona refleksja.
Podobnie jest z powiązaniem nauki z bezpieczeństwem państwa. „Nauka jest bardzo ściśle związana z siłą militarną” — podkreśla Kaczyński. To prawda. Ale znów — to wiedza powszechna, a nie efekt autorskiej diagnozy. Jeśli PiS rzeczywiście dostrzegał tę zależność, dlaczego nie przełożył jej na systemowe inwestycje w badania i rozwój?
Najbardziej uderzające jest jednak zakończenie tej wizji. „Warunek jest jeden — dobry rząd” — mówi Kaczyński. Trudno o większy paradoks. Bo jeśli osiem lat rządów PiS nie wystarczyło, by wprowadzić te zmiany, to dlaczego ktoś miałby uwierzyć, że kolejna próba zakończy się sukcesem?
Problem z tym przekazem polega na jego całkowitej niewiarygodności. To nie są nowe pomysły. To nie jest nowa strategia. To są hasła, które mogłyby paść dekadę temu — i które w dużej mierze wtedy już padały. Tyle że wtedy również nie zostały zrealizowane.
Dlatego słowa Kaczyńskiego są dziś w istocie bezwartościowe politycznie. Nie dlatego, że są błędne. Ale dlatego, że nie stoją za nimi czyny. A w polityce — zwłaszcza po ośmiu latach rządów — to właśnie czyny są jedyną wiarygodną walutą.
I tej waluty PiS po prostu nie ma.











