Wypowiedzi polityków Prawa i Sprawiedliwości coraz częściej przypominają nie tyle spójny program państwa, ile zbiór doraźnych deklaracji podporządkowanych bieżącej kalkulacji politycznej. Najnowszym przykładem tej tendencji jest sprawa Krajowego Systemu e-Faktur (KSeF), wokół której narosło więcej sprzeczności niż realnych rozwiązań. Szczególnie jaskrawo widać to w wystąpieniu Przemysława Czarnka, który w Koninie ogłosił: „Ślubuję uroczyście: natychmiast po objęciu władzy likwidujemy KSeF obowiązkowy dla małych i średnich przedsiębiorców. To jest bandytyzm”.
Mocne słowa mają swoją wagę – problem w tym, że w tym przypadku brzmią one jak próba wymazania własnej politycznej przeszłości. Trudno bowiem ignorować fakt, że to właśnie rządy PiS stworzyły fundamenty KSeF, a sam Czarnek popierał projekt podczas sejmowego głosowania. Powstaje więc zasadnicze pytanie: czy mamy do czynienia z autentyczną zmianą poglądów, czy raczej z cynicznym dostosowaniem narracji do nastrojów społecznych?
Retoryka o „bandytyzmie” jest nie tylko przesadzona, ale i niebezpieczna. Wprowadza do debaty publicznej język emocjonalnej eskalacji, który zastępuje rzeczową dyskusję o kosztach i korzyściach cyfryzacji systemu podatkowego. KSeF, mimo swoich wad i niedopracowania, jest elementem szerszego trendu modernizacji administracji skarbowej. Krytyka powinna więc dotyczyć konkretnych rozwiązań – terminów wdrożenia, obciążeń dla MŚP czy stabilności systemu – a nie sprowadzać się do publicystycznych epitetów.
Jeszcze bardziej problematyczna jest jednak niespójność przekazu. Z jednej strony Czarnek mówi o likwidacji obowiązku KSeF dla małych i średnich firm, z drugiej – zapowiada „uproszczenie systemu podatkowego” oraz „zwiększenie rygoru wobec największych firm”. To brzmi jak zestaw haseł, które mają trafić do różnych grup wyborców, ale nie tworzą jednolitej wizji reformy. Jak bowiem pogodzić deregulację dla jednych z zaostrzeniem przepisów dla drugich, nie pogłębiając chaosu prawnego?
Do tej kakofonii dołącza Jacek Sasin, który na platformie X zapewnia: „Mamy jasny i konkretny komunikat dla polskich przedsiębiorców: jeśli PiS przejmie władzę, zlikwidujemy obowiązkowy KSeF dla małych i średnich przedsiębiorców. Polski rozwijający się biznes musi otrzymywać od państwa wsparcie, nie zaś kłody rzucane pod nogi!”. Problem w tym, że „jasny i konkretny komunikat” stoi w sprzeczności z wcześniejszymi działaniami tej samej formacji. Trudno traktować takie deklaracje jako wiarygodne, skoro jeszcze niedawno były one częścią zupełnie innej polityki.
Nie jest to zresztą odosobniony przypadek. PiS wielokrotnie prezentował podobny model działania: najpierw wprowadzał skomplikowane i często niedopracowane reformy, by następnie – pod presją społeczną – obiecywać ich odwrócenie. Taka strategia może przynosić krótkoterminowe korzyści wizerunkowe, ale w dłuższej perspektywie podkopuje zaufanie obywateli do państwa. Przedsiębiorcy, zamiast stabilnych reguł gry, otrzymują nieustanną niepewność.
Warto również zauważyć, że w całej tej debacie brakuje realnego głosu samych zainteresowanych – małych i średnich przedsiębiorców. To oni ponoszą koszty zarówno wdrażania nowych systemów, jak i ich ewentualnej likwidacji. Każda zmiana oznacza dla nich konieczność dostosowania się, inwestycje w nowe rozwiązania i ryzyko błędów. Tymczasem politycy traktują te kwestie jako element kampanii, a nie jako realny problem gospodarczy.
Krytyka KSeF jest potrzebna – system ten rzeczywiście budzi wiele wątpliwości. Jednak aby była ona wiarygodna, musi być oparta na konsekwencji i odpowiedzialności za wcześniejsze decyzje. W przypadku PiS i Czarnka trudno mówić o jednym i drugim. Zamiast spójnej wizji reformy otrzymujemy sprzeczne sygnały, które bardziej przypominają polityczny teatr niż poważną debatę o przyszłości polskiej gospodarki.
Jeśli coś w tej historii zasługuje na miano „bandytyzmu”, to nie sam KSeF, lecz sposób, w jaki politycy manipulują nim w przestrzeni publicznej – bez refleksji nad własną rolą w jego powstaniu i bez realnej propozycji, co dalej.











