Powrót Zbigniewa Ziobry do Polski jeszcze niedawno wydawał się scenariuszem odległym, niemal abstrakcyjnym. Dziś jednak coraz częściej mówi się o nim nie w kategoriach spekulacji, lecz realnego problemu – i to nie tylko dla samego zainteresowanego, ale przede wszystkim dla Prawa i Sprawiedliwości.
Bo wbrew pozorom powrót Ziobry nie byłby dla PiS żadnym powodem do świętowania. Wręcz przeciwnie – mógłby uruchomić lawinę, nad którą partia Jarosława Kaczyńskiego nie miałaby już pełnej kontroli. Ziobro to nie jest zwykły były minister. To polityk, który przez lata współtworzył system władzy, zna jego mechanizmy od środka i – co najważniejsze – może mieć powody, by mówić.
Właśnie tego w PiS boją się najbardziej.
Nie chodzi wyłącznie o wizerunek. Oczywiście, już sama obecność Ziobry w kraju, w kontekście zarzutów i śledztw, byłaby dla partii poważnym obciążeniem. Ale prawdziwe ryzyko jest głębsze. To ryzyko niekontrolowanej narracji. Ziobro, postawiony pod ścianą, może przestać grać zespołowo. A wtedy lojalność, na której przez lata opierała się ta formacja, może szybko wyparować.
Problem polega na tym, że Ziobro od dawna funkcjonował na granicy politycznej autonomii. Jego środowisko – formalnie część obozu Zjednoczonej Prawicy – wielokrotnie pokazywało, że potrafi grać na własnych zasadach. Konflikty z innymi frakcjami, napięcia z premierem, a nawet z samym kierownictwem partii nie były przecież tajemnicą. Powrót takiej postaci w sytuacji kryzysowej to dla PiS zaproszenie do wewnętrznej destabilizacji.
Ale jest też drugi wymiar tej sprawy – bardziej fundamentalny. Ziobro przez lata był twarzą „reform” wymiaru sprawiedliwości, które miały rzekomo uzdrowić państwo. Dziś te same reformy są przedmiotem krytyki, sporów z instytucjami europejskimi i analiz śledczych. Powrót ich architekta oznaczałby konieczność zmierzenia się z ich realnymi skutkami.
I tutaj zaczyna się prawdziwy problem dla PiS. Bo trudno jednocześnie bronić politycznego dziedzictwa Ziobry i dystansować się od jego potencjalnych kłopotów prawnych. To sprzeczność, której nie da się długo ukrywać za komunikatami o „polowaniu politycznym” czy „nagonce”.
Co więcej, sam Ziobro nie jest postacią, która łatwo znika w cieniu. Jego styl polityczny zawsze opierał się na konfrontacji, ostrych słowach i budowaniu własnej pozycji poprzez konflikt. Jeśli wróci do Polski, trudno sobie wyobrazić, by nagle przyjął rolę milczącego obserwatora. Prędzej stanie się źródłem napięć – zarówno wobec przeciwników, jak i dawnych sojuszników.
W tym sensie PiS znalazło się w pułapce własnych decyzji. Przez lata budowało system, w którym silne, wyraziste postacie miały wzmacniać władzę. Dziś te same postacie mogą stać się jej największym obciążeniem. Ziobro jest tego najbardziej jaskrawym przykładem.
Nie bez znaczenia jest też kontekst międzynarodowy. Jeśli rzeczywiście dojdzie do jego powrotu, sprawa szybko nabierze wymiaru europejskiego. Wizerunek Polski jako państwa prawa znów stanie się tematem debat, a PiS – nawet będąc w opozycji – nie uniknie odpowiedzialności za decyzje z przeszłości.
W gruncie rzeczy strach przed powrotem Ziobry to strach przed konfrontacją z własną historią. Z decyzjami, które dziś trudno obronić, i z politykiem, który może przestać być przewidywalnym elementem układanki. To także lęk przed tym, że mechanizmy, które przez lata działały w jedną stronę, nagle zaczną działać przeciwko swoim twórcom.
Dlatego w PiS nie chodzi o to, czy Ziobro wróci. Chodzi o to, co powie, gdy już wróci. A to pytanie, na które w tej chwili nikt w tej partii nie ma dobrej odpowiedzi.










