Spór wewnętrzny w Prawie i Sprawiedliwości, który co jakiś czas wypływa na powierzchnię, odsłania coś więcej niż tylko różnice zdań czy ambicje poszczególnych polityków. Pokazuje mechanizm funkcjonowania środowiska, które przez lata sprawowało władzę i – jak dziś coraz wyraźniej widać – zdążyło się od niej wyraźnie odkleić. Najnowszy głos Jacka Sasina, który „odcina się od frakcyjnych walk”, brzmi jak kolejna próba zamiecenia problemu pod dywan.
Sasin przekonuje, że „nigdy nie było żadnych ‘maślarzy’” i że to jedynie „czarny PR”. Trudno jednak traktować te słowa poważnie, gdy cała opinia publiczna od lat obserwuje kolejne napięcia, rywalizacje i personalne rozgrywki w obozie PiS. To nie jest żadna nowość ani medialna wydmuszka – to codzienność tej formacji. Zaprzeczanie faktom nie sprawi, że one znikną.
Jeszcze bardziej znamienny jest fragment, w którym były wicepremier mówi o „ludziach Prawa i Sprawiedliwości – takich, którzy myślą o Polsce i Polakach, o wspólnocie, a nie o własnych interesach”. Problem w tym, że doświadczenia ostatnich lat każą podchodzić do takich deklaracji z dużą ostrożnością. Trudno bowiem zapomnieć o decyzjach, które kosztowały podatników miliardy złotych – jak chociażby słynne wybory kopertowe, za które polityczną odpowiedzialność ponosi właśnie Sasin. Wówczas „myślenie o Polsce” przybrało bardzo kosztowną formę.
Mateusz Morawiecki również wpisuje się w ten schemat. Jego rządy pełne były wielkich słów o odpowiedzialności, rozwoju i strategicznym myśleniu, a jednocześnie obfitowały w decyzje, które budziły poważne wątpliwości ekonomiczne i prawne. Publiczne pieniądze traktowano często jak zasób, którym można swobodnie zarządzać dla bieżących celów politycznych. Narracja o trosce o obywateli rozmijała się z praktyką.
Sasin apeluje dziś: „Potrzeba jednego: odpowiedzialności”. To zdanie brzmi niemal ironicznie w kontekście działań całego obozu władzy z ostatnich lat. Odpowiedzialność powinna bowiem oznaczać nie tylko słowa, ale przede wszystkim rozliczenie własnych błędów. Tymczasem zamiast tego mamy do czynienia z kolejnymi próbami przykrywania niewygodnych tematów i przerzucania winy na bliżej nieokreślonych „doradców” czy „osoby działające na szkodę PiS”.
Nie sposób też pominąć tonu moralnej wyższości, który przebija z wypowiedzi polityków tej formacji. Sasin ostrzega, że ci, „którzy zamiast łączyć – próbują dzielić (…) osłabiają Polskę”. Tymczasem to właśnie PiS przez lata budował swoją siłę na ostrych podziałach, konfliktach i retoryce „my kontra oni”. Dziś, gdy te same mechanizmy zaczynają działać wewnątrz partii, nagle okazuje się, że są one problemem.
W tle tych wszystkich sporów pozostaje najważniejsza kwestia: kto za to wszystko płaci. Odpowiedź jest prosta – obywatele. To z publicznych pieniędzy finansowane były decyzje podejmowane często w pośpiechu, bez odpowiedniej kontroli i refleksji. To podatnicy ponoszą koszty błędów, które politycy próbują dziś przykryć kolejnymi komunikatami o jedności i wspólnocie.
Na końcu swojego wpisu Sasin apeluje o powrót „pod szeroki namiot PiS” i realizację wizji „silnej, rozwijającej się i dostatniej Polski”. Problem polega na tym, że dla wielu Polaków ten namiot coraz częściej kojarzy się nie z odpowiedzialnym zarządzaniem państwem, lecz z zamkniętym kręgiem polityków, którzy bawią się w wewnętrzne rozgrywki – za publiczne pieniądze.
I właśnie to jest sedno problemu. Nie chodzi o to, czy istnieją „maślarze”, czy inne frakcje. Chodzi o to, że całe to towarzystwo zdaje się funkcjonować w rzeczywistości oderwanej od codziennych doświadczeń obywateli. A rachunek za tę zabawę, jak zwykle, trafia do społeczeństwa.










