Rekordowo niski wynik Prawo i Sprawiedliwość w najnowszym sondażu CBOS nie jest tylko kolejną liczbą w politycznym kalendarzu. To sygnał głębszej zmiany nastrojów społecznych – i moment, w którym Donald Tusk ma pełne prawo odczuwać satysfakcję. Nie tylko jako lider zwycięskiej formacji, ale jako polityk, który od miesięcy przekonuje, że cierpliwość wyborców wobec PiS się wyczerpuje.
„To jest rzeczywiście bardzo znaczący i smutny dzień, jeśli chodzi o PiS i Konfederację” – powiedział premier, komentując wyniki badania. Trudno uznać te słowa za przesadę. 18 procent poparcia dla partii, która jeszcze niedawno dominowała na scenie politycznej, to nie chwilowe wahnięcie, lecz poważny kryzys zaufania. Tym bardziej że – jak zauważył Tusk – „nie dziwię się, że ludzie kiedy to obserwują, co się dzieje, szczególnie z PiS-em, tracą coraz bardziej cierpliwość do tej partii”.
Owa utrata cierpliwości ma swoje konkretne przyczyny. PiS przez lata budował narrację o stabilności, bezpieczeństwie i kontroli nad państwem. Dziś coraz trudniej ją utrzymać w obliczu kolejnych kontrowersji, sporów i – co szczególnie istotne – wrażenia chaosu oraz braku odpowiedzialności. W polityce bowiem nie wystarczy długo rządzić. Trzeba jeszcze umieć odejść z twarzą lub przynajmniej zachować wiarygodność w opozycji. Tego, jak pokazują sondaże, PiS-owi wyraźnie brakuje.
Tusk trafnie wskazuje, że spadek poparcia nie jest dla niego zaskoczeniem. „Dzisiaj mamy pierwszy sondaż, gdzie PiS ma jedynkę z przodu. Te 18 proc. dla PiS-u w badaniu CBOS-u to już naprawdę chyba wystarczający sygnał” – podkreślił. I rzeczywiście, trudno o bardziej czytelny komunikat ze strony wyborców. To nie jest ostrzeżenie. To już wyrok opinii publicznej, która zaczyna rozliczać poprzednią władzę nie tylko z decyzji, ale także z postawy.
Szczególnie mocno wybrzmiewa w tym kontekście wątek tzw. kryptoafery. Premier nie ma wątpliwości: „sprawa kryptoafery PiS ma na pewno tutaj dużą rolę. Bo w tej sprawie nie ma nic do obrony dla nich”. To zdanie jest politycznie brutalne, ale zarazem odsłania istotę problemu. Jeśli wyborcy uznają, że dana partia nie potrafi w wiarygodny sposób wyjaśnić poważnych zarzutów, zaczynają się od niej odwracać. I nie pomagają tu ani retoryczne kontrataki, ani próby odwracania uwagi.
Na tym tle sukces Koalicji Obywatelskiej wydaje się bardziej zrozumiały. Wzrost poparcia do poziomu ponad 30 procent nie wynika wyłącznie z mobilizacji własnego elektoratu. To także efekt odpływu wyborców rozczarowanych PiS-em, którzy szukają alternatywy bardziej przewidywalnej i – w ich ocenie – mniej obciążonej politycznym bagażem.
Krytycy Tuska powiedzą zapewne, że jego zadowolenie jest przedwczesne, a polityka zna wiele zwrotów akcji. To prawda. Jednak trudno odmówić mu prawa do satysfakcji w sytuacji, gdy jego diagnozy znajdują potwierdzenie w twardych danych. W demokracji sondaże nie są wyrocznią, ale są ważnym wskaźnikiem nastrojów społecznych. A te dla PiS są dziś wyjątkowo niekorzystne.
Problem tej partii polega na tym, że zamiast próbować odbudować zaufanie, często wybiera strategię konfrontacji i negowania rzeczywistości. Tymczasem wyborcy oczekują czegoś innego – refleksji, odpowiedzialności i zdolności do wyciągania wniosków. Bez tego trudno będzie odwrócić trend spadkowy.
Dzisiejsza sytuacja pokazuje jasno: polityczna hegemonia nie jest dana raz na zawsze. A ci, którzy ją tracą, muszą zmierzyć się nie tylko z przeciwnikami, ale przede wszystkim z własnymi błędami. W tym sensie słowa Tuska, choć dla jednych kontrowersyjne, dla innych są po prostu opisem rzeczywistości, której PiS nie chce jeszcze w pełni zaakceptować.










