W polityce istnieje cienka granica między walką o racje a ucieczką przed odpowiedzialnością. W przypadku Zbigniewa Ziobry coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że ta granica została już dawno przekroczona. Były minister sprawiedliwości, który jeszcze niedawno kreował się na bezkompromisowego strażnika prawa, dziś sam szuka schronienia poza jego zasięgiem. I choć próbuje nadać temu narrację heroicznej batalii, rzeczywistość wygląda znacznie mniej korzystnie.
„Przygotowuję się z prawnikiem do batalii przed węgierskim sądem” – zapowiada Ziobro. To zdanie miało zapewne zabrzmieć jak deklaracja determinacji i gotowości do walki. W praktyce jednak brzmi raczej jak przyznanie, że jego polityczna i prawna sytuacja staje się coraz trudniejsza. Jeśli ktoś rzeczywiście wierzy w swoją niewinność i siłę argumentów, naturalnym miejscem ich prezentacji jest własny kraj, a nie zagraniczny azyl.
Bo właśnie azyl na Węgrzech stał się symbolem obecnej sytuacji Ziobry. Jeszcze niedawno mógł uchodzić za bezpieczną przystań dla polityka w konflikcie z nową władzą. Dziś jednak coraz wyraźniej widać, że ten „bezpieczny azyl” zaczyna się chwiać. Presja polityczna i prawna rośnie, a przestrzeń do manewru się kurczy. Mówiąc wprost: ziemia pali się Ziobrze pod nogami.
Sam zainteresowany próbuje odwracać uwagę, atakując Donalda Tuska i jego rząd. „Przyjdzie mi pokazywać i ilustrować nadużycia władzy pana Donalda Tuska” – przekonuje. To dobrze znana strategia: zamiast odpowiadać na konkretne zarzuty, przenieść spór na poziom politycznej wojny narracji. Problem w tym, że taka taktyka ma swoje granice skuteczności. W pewnym momencie opinia publiczna zaczyna zadawać proste pytanie: skoro wszystko jest tak oczywiste, dlaczego nie stanąć przed sądem i tego nie udowodnić?
W rozmowie z dziennikarzem TVN24 padł zresztą zarzut, który trafia w sedno: brak odwagi powrotu do Polski. Ziobro odpowiada: „Bardzo chcę wrócić wtedy, kiedy reguły gry będą przestrzegane”. To zdanie brzmi jak wygodne alibi. Bo kto i kiedy ma ocenić, że „reguły gry” są odpowiednie? Sam Ziobro? Jeśli tak, to mamy do czynienia z sytuacją, w której polityk sam ustala warunki, na jakich zgodzi się poddać wymiarowi sprawiedliwości. To odwrócenie podstawowych zasad państwa prawa.
Jeszcze niedawno Ziobro był symbolem twardej ręki w polityce i prokuraturze. Jako lider Solidarna Polska budował wizerunek polityka nieustępliwego, gotowego do walki z każdym przeciwnikiem. Dziś ten wizerunek zaczyna się kruszyć. Zamiast ofensywy widzimy defensywę. Zamiast pewności – asekurację. Zamiast działania – oczekiwanie.
Nie sposób też pominąć szerszego kontekstu. Węgry, które dotąd stanowiły polityczne zaplecze i schronienie, nie są miejscem poza rzeczywistością europejskiej polityki. Każdy azyl ma swoją cenę i swoje ograniczenia. Czas, w którym można było traktować je jako bezpieczną przystań, powoli dobiega końca. A wraz z nim kończy się komfort unikania bezpośredniej konfrontacji z polskim wymiarem sprawiedliwości.
Ziobro próbuje przedstawiać swoją sytuację jako walkę o zasady. W rzeczywistości coraz bardziej przypomina to walkę o czas. Czas, który pozwoli odsunąć nieuniknione decyzje i rozstrzygnięcia. Problem w tym, że polityka – podobnie jak prawo – nie znosi próżni. W końcu przychodzi moment, w którym trzeba przestać mówić i zacząć odpowiadać.
A ten moment dla Zbigniewa Ziobry wydaje się niebezpiecznie bliski.










