W polityce bywają momenty, które – choć z pozoru niewielkie – odsłaniają rzeczywiste intencje i kierunki działania. W przypadku Szymona Hołowni takim momentem było jego głośne spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim u Adama Bielana.
Jeszcze bardziej wymowne okazały się jednak późniejsze słowa samego Hołowni. „Nie żałuję tamtego spotkania, żałuję tego, jak na nie zareagowałem i że się z niego tłumaczyłem” – powiedział w Polsat News. To zdanie brzmi jak deklaracja politycznego przesunięcia. I trudno jest interpretować inaczej niż jako sygnał: bliżej mu dziś do PiS niż do demokratycznej koalicji Donalda Tuska.
Jeszcze niedawno Hołownia budował swoją pozycję jako polityk „nowej jakości” – ktoś, kto miał przełamać duopol i zaproponować alternatywę dla konfliktu PiS–PO. Dziś jednak coraz częściej wygląda na to, że ten projekt się wypala, a jego lider szuka nowego miejsca. Problem w tym, że kierunek tych poszukiwań staje się coraz bardziej czytelny.
Bo jeśli polityk mówi wprost, że nie żałuje spotkania z liderem PiS – partii, którą jego wyborcy mieli traktować jako głównego przeciwnika – to trudno uznać to za neutralny gest dialogu. Jeszcze bardziej wymowne jest to, czego Hołownia żałuje: nie samego spotkania, lecz tego, że się z niego tłumaczył. To odwrócenie akcentów mówi wszystko. W jego optyce problemem nie było przekroczenie politycznej granicy, lecz reakcja opinii publicznej.
Co więcej, Hołownia zapowiedział: „Jeśli będzie taka potrzeba, zawsze będę z nim rozmawiał”. To już nie jest jednorazowy incydent, lecz deklaracja gotowości do regularnego kontaktu z Kaczyńskim. Oczywiście, można argumentować, że polityka wymaga rozmowy. Ale rozmowa to jedno, a budowanie politycznej bliskości – drugie. A właśnie to drugie zaczyna dziś wybrzmiewać coraz wyraźniej.
Nie chodzi tylko o same spotkania, lecz o ich kontekst i znaczenie. Spotkanie w mieszkaniu Bielana, z udziałem Kaczyńskiego i Michała Kamińskiego, nie było przecież przypadkową wymianą uprzejmości. To była rozmowa w wąskim gronie, poza oficjalnymi strukturami, która – siłą rzeczy – rodzi pytania o jej cel. I choć Hołownia nie zdradza szczegółów, jego późniejsza narracja sugeruje, że nie widzi w niej nic problematycznego.
Taka postawa musi budzić niepokój wśród wyborców, którzy widzieli w nim element demokratycznej przeciwwagi wobec PiS. Bo jeśli lider jednego z filarów tej układanki zaczyna dystansować się od własnego zaplecza i jednocześnie ociepla relacje z Kaczyńskim, to trudno mówić o stabilności całego projektu. W praktyce oznacza to osłabienie koalicji i rozmycie jej tożsamości.
Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że Hołownia zdaje się nie dostrzegać politycznych konsekwencji swoich słów. Albo – co gorsza – dostrzega je doskonale, ale uznaje za drugorzędne wobec własnych kalkulacji. Bo trudno uwierzyć, że tak doświadczony już polityk nie rozumie, jak jego deklaracje zostaną odebrane.
W tym sensie mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko taktycznym manewrem. To raczej proces stopniowego przesuwania się na inną pozycję polityczną. Proces, który Hołownia przestaje już nawet maskować. Jego słowa nie są przypadkowe – są komunikatem.
Pytanie brzmi: do kogo ten komunikat jest skierowany? Do wyborców PiS, których chce przekonać, że jest partnerem do rozmowy? Do Kaczyńskiego, któremu sygnalizuje gotowość współpracy? A może do własnego elektoratu, który ma zaakceptować nową rzeczywistość?
Niezależnie od odpowiedzi, jedno jest pewne: Hołownia przestaje być wiarygodnym reprezentantem „trzeciej drogi”. Coraz wyraźniej widać, że jego polityczna trajektoria prowadzi w stronę PiS – czy to jako partnera, czy jako potencjalnego sojusznika taktycznego.
A to oznacza poważny problem dla całej sceny politycznej. Bo jeśli polityk, który miał być alternatywą dla duopolu, zaczyna się do jednego z jego biegunów zbliżać, to zamiast przełamania mamy powrót do starego układu. Tyle że w nowym opakowaniu.
I być może właśnie to jest dziś najbardziej znamienne: Hołownia już nawet nie próbuje udawać, że stoi gdzie indziej.










