W Prawo i Sprawiedliwość znów ogłoszono sukces. Po wielogodzinnych rozmowach Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki poinformowali o „kompromisie”, który ma zakończyć kolejny wewnętrzny spór. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda znajomo: konferencja prasowa, słowa o jedności, wizja wspólnego działania. Problem polega na tym, że coraz mniej osób w to wierzy – także wewnątrz samej partii.
Najlepiej oddaje to entuzjazm Przemysława Czarnego, który natychmiast ogłosił: „Doskonałe wiadomości. Znów wszyscy razem dla zwycięstwa Polski nad Tuskiem”. Brzmi to jak klasyczna polityczna deklaracja – głośna, emocjonalna, pełna patosu. Ale jednocześnie całkowicie oderwana od rzeczywistości. Bo jeśli coś powtarza się co kilka tygodni, to trudno mówić o przełomie. Raczej o cyklicznym zarządzaniu kryzysem.
Sam „kompromis” również brzmi znajomo. Jak wyjaśnił Kaczyński, sprowadza się on do tego, że działalność stowarzyszenia Morawieckiego będzie „prowadzona jakby wewnątrz partii”. To charakterystyczne „jakby” mówi więcej niż całe wystąpienie. Oznacza bowiem, że mamy do czynienia z rozwiązaniem tymczasowym, niejasnym i – co najważniejsze – pozbawionym realnej treści.
Morawiecki, który jeszcze niedawno próbował budować własne zaplecze polityczne, dziś zgadza się na jego wchłonięcie przez partyjną strukturę. To nie jest kompromis – to wycofanie się z własnych ambicji. Można to oczywiście opakować w język jedności i odpowiedzialności, ale trudno nie zauważyć, że były premier po prostu ustąpił. A raczej – został zmuszony do ustąpienia.
W tym kontekście entuzjazm Czarnka wygląda jeszcze bardziej groteskowo. „Zapraszam na wspólne spotkania i konferencje” – pisze, jakby chodziło o organizację wydarzenia, a nie o głęboki kryzys polityczny. Problem w tym, że wspólne konferencje nie rozwiążą fundamentalnych sporów. Mogą je co najwyżej na chwilę przykryć.
Najbardziej symptomatyczne jest jednak powtarzające się hasło o „dwóch płucach”. Kaczyński przekonuje, że partia będzie funkcjonować w oparciu o dwa współpracujące skrzydła. W teorii brzmi to jak próba pogodzenia różnych nurtów. W praktyce wygląda to raczej na próbę pogodzenia rzeczy, których pogodzić się nie da.
Bo PiS nie jest dziś partią różnorodności, lecz partią konfliktu. Różnica między tymi dwoma pojęciami jest zasadnicza. Różnorodność zakłada współpracę i wspólny cel. Konflikt oznacza rywalizację, napięcie i brak zaufania. A tego ostatniego w PiS jest dziś wyraźnie za mało.
Czarnek i Morawiecki próbują grać rolę polityków jedności. Problem polega na tym, że każdy z nich reprezentuje inny styl i inne ambicje. Czarnek stawia na ostre, mobilizujące hasła i polityczną konfrontację. Morawiecki próbuje budować bardziej zniuansowany wizerunek, szukając przestrzeni dla własnej inicjatywy. Te dwie strategie nie tylko się nie uzupełniają – one się wzajemnie wykluczają.
Dlatego każdy kolejny „kompromis” wygląda tak samo: chwilowe zawieszenie broni, po którym napięcia wracają ze zdwojoną siłą. Nie ma tu realnego rozwiązania, bo nie ma zgody co do kierunku, w którym partia powinna iść.
W efekcie PiS coraz bardziej przypomina organizację, która utknęła w miejscu. Z jednej strony mamy lidera próbującego utrzymać kontrolę, z drugiej – polityków szukających własnej przestrzeni. Pomiędzy nimi rozciąga się pole nieustannego konfliktu, który nie znajduje trwałego rozwiązania.
Dlatego trudno traktować poważnie kolejne deklaracje o jedności. „Znów wszyscy razem” – pisze Czarnek. Tyle że to „znów” jest tu kluczowe. Bo oznacza, że już wcześniej próbowano tego samego – i za każdym razem kończyło się to tak samo.
Prawda jest brutalna: w obecnym układzie PiS nie ma już szans na trwałe porozumienie. Można ogłaszać kolejne kompromisy, organizować konferencje i publikować entuzjastyczne wpisy. Ale dopóki nie zostaną rozwiązane fundamentalne sprzeczności, wszystko to będzie jedynie teatrem jedności.
A teatr – jak wiadomo – kończy się wraz z opadnięciem kurtyny.










