To, co wydarzyło się w Sejmie z udziałem posła Andrzeja Adamczyka z PiS, wielu odruchowo nazwało „skandalem”. Problem polega na tym, że to słowo w tym przypadku zwyczajnie nie wystarcza. „Skandal” sugeruje coś jednorazowego, coś, co wywołuje oburzenie, ale mieści się jeszcze w kategorii incydentu. Tymczasem to, co zobaczyliśmy, nie jest żadnym incydentem. To przejaw postawy, która w ogóle nie powinna mieć miejsca w przestrzeni publicznej.
W programie „Bez trybu” Justyna Dobrosz-Oracz pokazała nagranie z Sejmu. Widać na nim, jak poseł od Kaczyńskiego fotografuje stojącą tyłem dziennikarkę — bez jej wiedzy i zgody — i komentuje jej wygląd. „Moja żona zawsze ma problem z wyborem stroju, więc pokażę jej zdjęcie tego, co jest teraz modne” — mówi były minister infrastruktury. W tle słychać rozbawienie. Ktoś dopytuje, czy robi zdjęcie także szpilkom. „Szpilki nie…” — odpowiada polityk, co znów wywołuje śmiech.
Nie ma tu żadnej dwuznaczności. To nie jest sytuacja, którą można zrzucić na niezręczność albo brak refleksu. To świadome działanie — wykonanie zdjęcia osobie bez jej zgody, w sposób, który trudno interpretować inaczej niż jako uprzedmiotowienie. I właśnie to powinno być punktem wyjścia do oceny tej sytuacji.
Szczególnie istotny jest kontekst miejsca. Sejm to nie jest prywatna przestrzeń ani towarzyskie spotkanie. To instytucja publiczna, w której obowiązują standardy wyższe niż gdziekolwiek indziej. Tymczasem zachowanie posła oraz reakcja jego otoczenia — śmiech zamiast sprzeciwu — pokazują, że te standardy są traktowane co najmniej swobodnie.
Sama Justyna Dobrosz-Oracz mówi o tym wprost: „Długo zastanawiałam się, co z tym zrobić, ale to, co dzieje się ostatnio — ten brak elementarnej kultury, to, że wszystko schodzi na psy — sprawiło, że moja wrażliwość nie pozwala mi milczeć”. To nie brzmi jak reakcja na pojedyncze zdarzenie. To brzmi jak reakcja na coś, co zaczyna być postrzegane jako norma.
Poseł Adamczyk przeprosił. „Pan poseł przeprosił, ale mętnie się tłumaczył” — relacjonuje dziennikarka. I to właściwie domyka obraz tej sytuacji. Bo problemem nie jest tylko samo zachowanie, ale też sposób jego tłumaczenia. Jeśli sprowadza się ono do niejasnych wyjaśnień i półżartów, to znaczy, że wciąż nie zostało nazwane to, co najważniejsze: przekroczenie granicy.
I właśnie dlatego słowo „skandal” tu nie wystarcza. Ono zbyt łatwo pozwala uznać sprawę za zamkniętą. A to nie jest sprawa do zamknięcia jednym komentarzem czy przeprosinami. To sytuacja, która powinna skłonić do znacznie prostszego, ale trudniejszego w praktyce wniosku: że pewnych rzeczy po prostu się nie robi — niezależnie od stanowiska, funkcji czy okoliczności.











