W polityce można długo udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Można budować narracje o walce, spiskach i prześladowaniach. Ale są momenty, w których rzeczywistość zaczyna wyglądać po prostu groteskowo. Sytuacja Zbigniewa Ziobry doszła właśnie do takiego momentu.
Jeszcze niedawno Węgry wydawały się dla niego bezpieczną przystanią. Dziś jednak, po zmianie politycznej w tym kraju, grunt zaczyna usuwać się spod nóg. I co robi były minister sprawiedliwości państwa prawa? Zamiast wrócić do Polski i zmierzyć się z zarzutami, zaczyna – według doniesień medialnych – rozglądać się za kolejnymi miejscami schronienia. Na liście pojawia się nawet Turcja.
Brzmi to bardziej jak scenariusz politycznego thrillera niż poważna historia o byłym szefie resortu sprawiedliwości. Jak informują dziennikarze Mariusz Gierszewski oraz Dominika Długosz, wcześniejsze pomysły, takie jak USA czy Serbia, „to w ogóle nie te kierunki”. Teraz mówi się o Turcji, gdzie – jak relacjonują – „miałby się gdzie zatrzymać, jeśli koledzy zechcą go przytulić”. Trudno o bardziej wymowny obraz sytuacji: polityk, który przez lata mówił o sile państwa, dziś zdaje się polegać na gościnności znajomych z zagranicy.
To nie jest tylko kwestia wizerunku. To problem fundamentalny. Człowiek, który odpowiadał za wymiar sprawiedliwości w Polsce, unika kontaktu z tym wymiarem, gdy sam staje się jego przedmiotem. Zamiast jasnej deklaracji powrotu i współpracy z organami państwa, mamy serię półoficjalnych przecieków o kolejnych potencjalnych azylach.
Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej w kontekście zmian na Węgrzech. Nowe władze zapowiadają twarde podejście wobec osób, które dotąd korzystały z politycznej ochrony. To oznacza, że dotychczasowa strategia Ziobry przestaje działać. I zamiast refleksji – pojawia się chaos.
Najbardziej uderzające jest jednak to, jak były minister próbuje tę sytuację komunikować. „O tym, jakie będę miał plany, będę informował Donalda Tuska, gdy będę je realizował” – stwierdził. To zdanie brzmi jak demonstracja siły, ale w rzeczywistości jest raczej dowodem bezradności. Polityk, który naprawdę kontroluje sytuację, nie musi uciekać się do takich deklaracji.
Jeszcze bardziej niepokojący jest ton jego wypowiedzi o przeciwnikach politycznych. „Donald Tusk nie jest dużo gorszy ani dużo lepszy od takiego nowotworu” – mówi Ziobro, dodając, że będzie z nim walczył „gdziekolwiek się znajdzie”. Tego rodzaju retoryka nie tylko przekracza granice debaty publicznej, ale też sugeruje, że zamiast argumentów pozostaje już tylko agresja słowna.
To wszystko składa się na obraz polityka, który znalazł się w sytuacji bez wyjścia – i reaguje na nią w sposób coraz bardziej chaotyczny. Zamiast odpowiedzialności mamy ucieczkę. Zamiast wyjaśnień – ataki. Zamiast powrotu do kraju – rozważania o kolejnych kierunkach emigracji.
A przecież sprawa jest w gruncie rzeczy prosta. Jeśli ktoś uważa się za niewinnego, powinien stanąć przed polskim wymiarem sprawiedliwości i oczyścić swoje imię. To podstawowa zasada państwa prawa. Każda próba jej obejścia tylko pogłębia podejrzenia i podważa wiarygodność.
Ziobro przez lata budował swoją pozycję jako polityk bezkompromisowy, stojący na straży prawa i porządku. Dziś ten wizerunek rozpada się na naszych oczach. Bo trudno mówić o wiarygodności, gdy zamiast odpowiedzialności wybiera się ucieczkę – i to coraz bardziej egzotyczną.
Turcja, wcześniej USA, Serbia – lista potencjalnych kierunków robi się coraz dłuższa. Ale im dłuższa ta lista, tym bardziej oczywiste staje się jedno: problemu nie da się rozwiązać zmianą miejsca pobytu.
Bo niezależnie od tego, gdzie Ziobro się znajdzie, pytania pozostaną te same. I prędzej czy później będzie musiał się z nimi zmierzyć – najlepiej tam, gdzie powinien być od początku: w Polsce.











