Wystąpienia Przemysława Czarnka coraz częściej przypominają polityczny teatr, w którym główną rolą jest… wymazywanie własnej przeszłości. Słuchając jego sejmowych przemówień, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z komentatorem rzeczywistości, a nie jednym z jej współtwórców. Tymczasem fakty są nieubłagane: Czarnek był ministrem w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, który sprawował władzę w Polsce przez osiem lat. I to właśnie ta odpowiedzialność dziś znika z jego narracji.
Podczas wtorkowego posiedzenia Sejmu polityk nie szczędził ostrych słów pod adresem obecnej władzy. „Nie tylko pani Sobierańska-Grenda, Tusk i cały ten rząd do dymisji za oszukiwanie Polaków” – grzmiał z mównicy. W innym fragmencie mówił: „Blisko 5 mln 400 tys. Polaków czeka dziś w kolejkach do lekarzy”. Liczby robią wrażenie, ale trudno nie zauważyć, że Czarnek prezentuje je tak, jakby system ochrony zdrowia w Polsce załamał się dopiero wczoraj.
To wygodna opowieść, ale daleka od prawdy. Problemy służby zdrowia – niedofinansowanie, braki kadrowe, niewydolność organizacyjna – narastały latami, zwłaszcza w okresie rządów PiS. Czarnek jednak konsekwentnie buduje obraz polityka, który patrzy z zewnątrz i diagnozuje błędy innych. To strategia, która może być skuteczna retorycznie, ale budzi poważne wątpliwości co do jej uczciwości.
Szczególnie uderzające jest to, jak były minister edukacji próbuje dziś kreować się na obrońcę obywateli przed systemem, który sam współtworzył. „Pacjent to nie klient, a służba zdrowia to nie biznes” – napisał na platformie X, ogłaszając powołanie zespołu ds. reformy ochrony zdrowia. Brzmi to jak hasło kampanijne, ale trudno nie zapytać: dlaczego takie deklaracje nie padały z równą siłą, gdy jego ugrupowanie miało pełnię władzy?
Polityczna amnezja Czarnka jest tym bardziej widoczna, im bardziej radykalne stają się jego wystąpienia. Krytykując Donald Tusk i jego rząd, poseł PiS przedstawia sytuację w ochronie zdrowia jako „katastrofalną”, wskazując na straty szpitali i rosnące kolejki. Problem polega na tym, że podobne diagnozy można było usłyszeć także kilka lat temu – tyle że wtedy odpowiedzialność spoczywała na jego własnym obozie politycznym.
Nie chodzi o to, by odbierać opozycji prawo do krytyki. Demokracja tego wymaga. Problem pojawia się wtedy, gdy krytyka staje się narzędziem do całkowitego wyparcia własnej odpowiedzialności. Czarnek nie tylko nie rozlicza się z przeszłością, ale wręcz próbuje przekonać opinię publiczną, że nigdy nie miał wpływu na decyzje władzy. To narracja, która może trafić do części wyborców, ale nie wytrzymuje konfrontacji z faktami.
W istocie mamy do czynienia z szerszym zjawiskiem w polskiej polityce: próbą ciągłego zaczynania od nowa, bez rozliczeń i refleksji. Jednak w przypadku Czarnka jest ono szczególnie wyraźne, bo jego wypowiedzi są jednocześnie bardzo kategoryczne i bardzo wybiórcze. Gdy mówi o „oszukiwaniu Polaków”, warto zapytać, czy sam nie stosuje podobnej strategii, pomijając niewygodne elementy własnej biografii politycznej.
Polityka bez pamięci staje się jedynie grą pozorów. A wyborcy – jeśli mają podejmować świadome decyzje – powinni widzieć pełny obraz, a nie tylko jego starannie wyreżyserowaną część.











