Wypowiedzi Jacka Sasina coraz częściej brzmią jak echo politycznej frustracji, a nie rzeczowa diagnoza rzeczywistości. Jego ostatnie słowa o rzekomym „systemowym pomijaniu” Karola Nawrockiego przez rząd Donalda Tuska są tego najlepszym przykładem. Problem polega jednak na tym, że zamiast poważnej analizy mamy do czynienia z retoryką, która bardziej przypomina polityczną bajkę niż opis faktów.
Sasin na antenie RMF FM stwierdził, że „Donald Tusk i jego ludzie próbują systemowo pomijać prezydenta Karola Nawrockiego”. To mocne oskarżenie – ale czy poparte dowodami? Trudno się ich doszukać. W polityce słowa mają znaczenie, a nadużywanie wielkich tez bez pokrycia prowadzi do jednego: dewaluacji debaty publicznej. „Próbują Polakom wmówić, że właściwie prezydenta w Polsce nie ma” – dodał. To już nie tylko przesada, to retoryczna hiperbola, która ociera się o absurd.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że Sasin nie tyle opisuje rzeczywistość, co próbuje ją stworzyć na potrzeby politycznego przekazu. Bo jeśli ktoś rzeczywiście chce przekonać opinię publiczną, że głowa państwa jest marginalizowana, powinien przedstawić konkretne przykłady działań, decyzji czy procedur. Tymczasem dostajemy emocjonalne hasła, które mają wywołać oburzenie, ale nie wnoszą nic do realnej dyskusji.
Co więcej, wypowiedź Sasina wpisuje się w szerszy schemat polityki narracyjnej, w której fakty schodzą na dalszy plan, a pierwszoplanową rolę odgrywają sugestie i insynuacje. „Trochę takie żenujące dla mnie było to, że Donald Tusk próbował jak wszystko, co dobre, przypisać tylko i wyłącznie sobie” – mówi polityk PiS. Ale czy to rzeczywiście coś wyjątkowego w polityce? Każdy rząd, każda władza eksponuje własne sukcesy. To nie jest żadna sensacja, tylko element politycznej gry.
Ironia polega na tym, że Sasin krytykuje coś, co sam wielokrotnie współtworzył. W czasach rządów PiS również obserwowaliśmy przypisywanie sukcesów „swoim” i marginalizowanie przeciwników. Dziś jednak ten sam mechanizm nagle staje się powodem do oburzenia. „Podwójne standardy to najprostsza droga do utraty wiarygodności” – i właśnie z tym mamy tu do czynienia.
Warto też zwrócić uwagę na kontekst sprawy, która była punktem wyjścia – uwolnienia Andrzeja Poczobuta. Sasin przyznał, że to „niewątpliwie sukces Polski”. I tu można się z nim zgodzić. Problem w tym, że zamiast skupić się na tym sukcesie, polityk PiS natychmiast przenosi dyskusję na poziom wewnętrznego sporu o zasługi. To pokazuje, że nawet w momentach, które powinny łączyć, dominuje logika politycznej rywalizacji.
Sasin powołuje się przy tym na słowa Jarosława Kaczyńskiego, który stwierdził: „lepiej późno niż wcale”. To zdanie miało być zapewne wyrazem umiarkowanego uznania dla działań rządu. Ale w ustach Sasina staje się pretekstem do kolejnej krytyki. Zamiast budować przekaz odpowiedzialny i wyważony, polityk wybiera drogę konfrontacji.
Najbardziej problematyczne w tej wypowiedzi jest jednak to, że podważa ona zaufanie do instytucji państwa. Sugestia, że prezydent jest „systemowo pomijany”, brzmi jak oskarżenie o naruszenie zasad ustrojowych. To poważna teza, która wymaga poważnych dowodów. Bez nich pozostaje jedynie politycznym sloganem.
„Słowa mają konsekwencje” – i w przypadku Sasina te konsekwencje są widoczne. Zamiast podnosić poziom debaty, jego wypowiedzi go obniżają. Zamiast tłumaczyć rzeczywistość, ją zaciemniają. A zamiast budować zaufanie do państwa, podsycają niepotrzebne napięcia.
Podsumowując, wystąpienie Jacka Sasina to przykład polityki opartej na emocjach i uproszczeniach. Mocne słowa, brak konkretów i wyraźna próba narzucenia narracji, która nie znajduje potwierdzenia w faktach. „Krzyk zamiast argumentów” – tak najkrócej można opisać tę strategię. I trudno nie odnieść wrażenia, że to właśnie jest dziś największy problem tego polityka.










