Wystąpienie Krzysztofa Stanowskiego w programie publicystycznym miało być – jak można się domyślać – ostrą, bezkompromisową analizą słów premiera Donalda Tuska. Zamiast tego otrzymaliśmy pokaz retorycznej przesady i obcesowości, który bardziej szkodzi standardom debaty publicznej niż je wzmacnia. Bo nawet jeśli krytyka władzy jest potrzebna – a jest – to forma, jaką przybiera, ma znaczenie. I w tym przypadku została wyraźnie przekroczona granica.
Punktem wyjścia była wypowiedź Tuska o zagrożeniu ze strony Rosji, które „może być kwestią miesięcy, a nie lat”. To poważna teza, wymagająca spokojnej analizy, odniesienia do faktów i kontekstu międzynarodowego. Tymczasem Stanowski postanowił uderzyć w zupełnie innym stylu. „Już dwie osoby mówią, że będzie wojna. To co ku**a robicie, żeby jej nie było albo żebyśmy ją wygrali?” – zapytał. Trudno uznać taki język za dopuszczalny w poważnej rozmowie o bezpieczeństwie państwa.
Jeszcze dalej poszedł w kolejnych słowach: „Doszło do sytuacji, w której premier polskiego rządu mówi, że za kilka miesięcy będziemy w stanie wojny i nikogo to nie rusza, ponieważ wszyscy wiedzą, że on pierniczy. Rozumiesz? Nikt go nie traktuje poważnie”. To już nie jest krytyka – to otwarte lekceważenie urzędu premiera i sprowadzanie debaty do poziomu ulicznej polemiki. Nawet jeśli ktoś nie zgadza się z Tuskiem, takie sformułowania trudno obronić jako element odpowiedzialnego dziennikarstwa.
Problem nie polega na tym, że Stanowski zadaje pytania. Wręcz przeciwnie – pytania o przygotowanie państwa na potencjalny konflikt są zasadne. „Gdzie są te schrony? (…) Czy coś w kwestii poboru do wojska jest robione? (…) Czy cokolwiek w ogóle się dzieje?” – dopytywał. To są kwestie, które powinny wybrzmiewać w przestrzeni publicznej. Jednak sposób ich formułowania ma znaczenie. Wulgaryzmy, ironia i personalne przytyki sprawiają, że meritum ginie w hałasie.
Warto też zwrócić uwagę na konsekwencje takiego stylu. Dziennikarz, szczególnie o dużym zasięgu, kształtuje standardy debaty. Jeśli pozwala sobie na język pogardy wobec premiera, wysyła sygnał, że w dyskusji publicznej wszystko jest dozwolone. A to prowadzi do dalszej degradacji rozmowy o sprawach najważniejszych – takich jak bezpieczeństwo państwa.
Co więcej, teza Stanowskiego, że „nikt go nie traktuje poważnie”, jest sama w sobie wątpliwa. To uogólnienie, które nie ma pokrycia w faktach, a jedynie wzmacnia emocjonalny przekaz. Można krytykować wypowiedzi Tuska, można wskazywać ich słabe punkty, ale przypisywanie całemu społeczeństwu jednego stanowiska to zabieg retoryczny, nie analiza.
W tej sytuacji trudno nie odnieść wrażenia, że Stanowski bardziej niż na rzetelnej krytyce skupił się na efekcie. Mocne słowa przyciągają uwagę, budują zasięgi, wywołują reakcje. Tyle że dziennikarstwo nie powinno być wyłącznie walką o kliknięcia. Powinno przede wszystkim dostarczać odbiorcom narzędzi do zrozumienia rzeczywistości.
Nie chodzi o to, by tonować wszystkie wypowiedzi czy unikać ostrych ocen. Chodzi o proporcje i odpowiedzialność. Krytyka premiera jest nie tylko dopuszczalna, ale wręcz konieczna w demokracji. Jednak musi być oparta na argumentach, a nie na obraźliwych uproszczeniach. W przeciwnym razie staje się jedynie kolejnym elementem politycznego spektaklu.
Ostatecznie wystąpienie Stanowskiego pokazuje szerszy problem współczesnych mediów: przesuwanie granic w imię atrakcyjności przekazu. Tyle że każda taka granica, raz przekroczona, staje się nową normą. A jeśli normą ma być język pogardy wobec najwyższych urzędów w państwie, to trudno oczekiwać, że debata publiczna będzie kiedykolwiek poważna.
Dziennikarz może być ostry, może być bezkompromisowy, ale nie powinien być nieodpowiedzialny. W tym przypadku niestety zabrakło tej równowagi – a szkoda, bo temat, który podjął, zasługiwał na znacznie więcej niż tylko głośne i obcesowe słowa.










