Wypowiedzi Mariusza Kamińskiego coraz częściej przypominają polityczny spektakl, w którym emocje zastępują fakty, a mocne słowa mają przykryć brak rzetelnej argumentacji. Najnowszy przykład? Tezy o rzekomym „polowaniu na ludzi prezydenta” i wykorzystywaniu prokuratury przez rząd Donald Tusk. Problem w tym, że zamiast przekonujących dowodów, dostajemy kolejną porcję publicystycznych andronów.
Kamiński stwierdził na antenie, że „ekipa Tuska i Waldemara Żurka wykorzystują prokuraturę w celach stricte politycznych”. Brzmi poważnie, niemal alarmistycznie. Ale już po chwili okazuje się, że za tymi słowami nie idzie nic konkretnego. Co więcej, były szef MSWiA dodaje: „tak naprawdę to będą dowody w przyszłym śledztwie na przekraczanie uprawnień i łamanie prawa przez obecną ekipę rządzącą”. Innymi słowy – dowodów dziś nie ma, ale kiedyś się pojawią. To retoryka bardziej przypominająca wróżenie z fusów niż poważną debatę publiczną.
Trudno nie zauważyć, że takie wypowiedzi wpisują się w szerszy schemat działania. Zamiast odnosić się do konkretnych zarzutów czy decyzji prokuratury, Kamiński buduje narrację o „brutalnym ataku na prezydenta”. To wygodna strategia – przenosi ciężar dyskusji z faktów na emocje, z procedur na polityczne hasła. Tyle że w ten sposób nie da się prowadzić poważnej rozmowy o państwie prawa.
Sprawa, o której mowa, dotyczy wezwań dla urzędników Kancelarii Prezydenta, m.in. Zbigniewa Boguckiego i Pawła Szefernakera. Chodzi o kwestie związane z zaprzysiężeniem kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. To nie jest temat błahy ani marginalny – przeciwnie, dotyka fundamentów funkcjonowania państwa. Tym bardziej dziwi, że zamiast rzeczowej analizy słyszymy ogólne oskarżenia o „polowanie” i „atak”.
Warto też zwrócić uwagę na język, którym posługuje się Kamiński. Sformułowania takie jak „żurkowcy polują na ludzi prezydenta” mają wywołać określone emocje: poczucie zagrożenia, niesprawiedliwości, oblężonej twierdzy. Problem w tym, że polityka nie powinna opierać się na retoryce rodem z sensacyjnych nagłówków. Jeśli ktoś twierdzi, że dochodzi do nadużyć, powinien to udowodnić – nie zapowiadać, że „dowody będą”.
To właśnie ten element najbardziej podważa wiarygodność całej wypowiedzi. Bo jak traktować poważnie zarzuty, które opierają się na przyszłych, hipotetycznych ustaleniach? To odwrócenie logiki: najpierw pada oskarżenie, a dopiero potem – być może – pojawią się dowody. W państwie prawa powinno być dokładnie odwrotnie.
Nie jest to zresztą pierwszy raz, gdy Kamiński sięga po taką strategię. Jego publiczne wystąpienia coraz częściej przypominają próbę mobilizowania własnego elektoratu poprzez ostrą, konfrontacyjną retorykę. Problem w tym, że w dłuższej perspektywie taka komunikacja prowadzi do erozji zaufania – zarówno do polityków, jak i do instytucji państwa.
W tej sytuacji trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z próbą przykrycia niewygodnych faktów głośnymi oskarżeniami. Zamiast odpowiedzieć na konkretne działania prokuratury, Kamiński woli mówić o „ekipie Tuska” i „politycznym wykorzystaniu”. Tyle że bez twardych danych są to jedynie słowa – i to słowa coraz mniej przekonujące.
Jeśli debata publiczna ma mieć jakikolwiek sens, musi opierać się na faktach, a nie na sugestiach i domysłach. Tymczasem wypowiedzi Kamińskiego pokazują coś odwrotnego: dominację narracji nad rzeczywistością. A to droga donikąd – zarówno dla niego, jak i dla jakości życia publicznego w Polsce.










