W polskiej polityce trudno dziś o bardziej spektakularny przykład upadku wiarygodności niż polityczne losy Pawła Kukiza. Człowiek, który kiedyś wchodził do życia publicznego jako antysystemowy buntownik, dziś stał się jednym z najbardziej przewidywalnych głosów wspierających linię Jarosława Kaczyńskiego i jego środowiska. I trudno oprzeć się wrażeniu, że zrobi wszystko – absolutnie wszystko – byleby tylko pozostać w orbicie politycznej tolerancji obozu Prawa i Sprawiedliwości.
Najnowsze wypowiedzi Kukiza są tego podręcznikowym przykładem. W programie telewizyjnym stwierdził bez cienia wahania: „Jeżeli chodzi o samego Tuska, to jego wypowiedzi są dowodem na to, że on jest dyktatorem. On jest człowiekiem, który chce mieć pełnię władzy”. To zdanie brzmi jak żywcem wyjęte z najbardziej radykalnej propagandy politycznej. Problem w tym, że nie stoi za nim żadna poważna argumentacja – jedynie emocjonalna nadinterpretacja i chęć wpisania się w narrację dominującą po stronie PiS.
Bo czym właściwie jest dziś „dyktatura” w ustach Kukiza? Czy oznacza realne łamanie instytucji demokratycznych, czy raczej wygodną etykietę przyklejaną każdemu przeciwnikowi politycznemu? Jeśli wszystko jest „dyktaturą”, to nic nią nie jest. Taka inflacja pojęć nie tylko ośmiesza debatę publiczną, ale też pokazuje, jak bardzo Kukiz odszedł od swoich dawnych ideałów.
Jeszcze bardziej znamienne są jego słowa o konstytucji: „Konstytucja z 1997 roku jest napisana niechlujnie i bardzo ogólnikowo”. To zdanie mogłoby być początkiem poważnej dyskusji o reformie ustroju państwa – gdyby nie fakt, że w ustach Kukiza brzmi raczej jak kolejny element politycznej kalkulacji. Bo trudno uwierzyć, że chodzi tu o realną troskę o jakość prawa. Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że wpisuje się to w szerszy projekt polityczny, wspierany przez środowisko prezydenta Karola Nawrockiego.
Kukiz mówi dalej: „On z nikim nie będzie dyskutował”. Problem polega na tym, że to właśnie Kukiz od lat unika konsekwentnej, merytorycznej debaty. Zamiast tego wybiera krótkie, ostre tezy, które dobrze brzmią w mediach, ale nie wytrzymują konfrontacji z faktami. To strategia polityczna oparta nie na przekonywaniu, lecz na wzmacnianiu podziałów.
Najbardziej uderzające jest jednak to, jak bardzo Kukiz zmienił swoją rolę. Kiedyś był symbolem sprzeciwu wobec „partyjniactwa”. Dziś sam stał się jego częścią – i to w najbardziej klasycznej formie. Jego wypowiedzi coraz częściej przypominają echo przekazów dnia, a nie niezależny głos polityka, który miał reprezentować obywateli zmęczonych systemem.
Trudno nie postawić tezy, że Kukiz mówi dziś to, co jest politycznie wygodne dla jego aktualnych sojuszników. A że tymi sojusznikami są ludzie związani z Kaczyńskim – retoryka musi być odpowiednio ostra, bezkompromisowa i często oderwana od rzeczywistości. To cena, jaką płaci za pozostanie w grze.
Pytanie tylko, czy ta gra ma jeszcze cokolwiek wspólnego z ideami, które kiedyś głosił. Czy człowiek, który miał „rozbić system”, nie stał się jego trybikiem? Czy polityk, który obiecywał nową jakość, nie dostarcza dziś jedynie starej, dobrze znanej retoryki?
Odpowiedź wydaje się oczywista. Kukiz nie jest już outsiderem. Jest częścią układu, który kiedyś krytykował. I robi wszystko, by w tym układzie pozostać – nawet jeśli oznacza to wypowiadanie coraz bardziej radykalnych, a jednocześnie coraz mniej wiarygodnych tez.
W efekcie jego głos przestaje być traktowany poważnie. Bo trudno poważnie traktować polityka, który zamiast argumentów oferuje etykiety, a zamiast diagnozy – polityczne slogany. A jeszcze trudniej uwierzyć, że chodzi mu o coś więcej niż własne miejsce przy politycznym stole.










