Mateusz Morawiecki znowu objeżdża Polskę i opowiada o tym, jak należałoby naprawić państwo. Słuchając jego wystąpień, można odnieść wrażenie, że przemawia co najmniej lider opozycji walczący od lat z fatalnym systemem pozostawionym przez politycznych przeciwników. Problem polega jednak na tym, że przez osiem lat to właśnie Morawiecki był jednym z głównych architektów tego systemu. I właśnie dlatego jego obecne wystąpienia brzmią coraz bardziej absurdalnie.
Podczas konferencji programowej PiS w Chełmie były premier przekonywał, że jego partia chce „głębszej, bardziej sprawiedliwej przebudowy systemu fiskalno-finansowo-gospodarczego”. Mówił również o konieczności większego wsparcia dla samorządów i o „partnerskim państwie”. Trudno jednak słuchać tych deklaracji bez zdumienia. Naprawdę trzeba mieć wyjątkową polityczną odwagę – albo wyjątkowo krótką pamięć – by po ośmiu latach własnych rządów występować w roli człowieka, który właśnie odkrył problemy polskich samorządów.
Bo kto przez lata centralizował państwo? Kto odbierał samorządom wpływy finansowe, jednocześnie dokładając im kolejne obowiązki? Kto budował system, w którym lokalne władze musiały błagać Warszawę o pieniądze rozdawane według politycznego klucza? Odpowiedź jest oczywista: rząd Mateusza Morawieckiego i PiS.
Dziś były premier mówi: „Miasta i gminy nie mogą być pozostawiane same z problemami mieszkańców. Czas na uczciwe zasady”. Tylko że to właśnie za jego rządów samorządowcy alarmowali, iż państwo przerzuca na nich coraz większe koszty bez odpowiedniego finansowania. To właśnie wtedy wybuchały konflikty o pieniądze na edukację, transport czy służbę zdrowia. Morawiecki zachowuje się dziś tak, jakby przez ostatnie osiem lat przebywał na politycznej emigracji, a nie siedział w fotelu premiera.
Jeszcze bardziej niepoważnie brzmią jego opowieści o „dobru wspólnym” i „solidarnym państwie”. Były premier przekonywał w Chełmie, że „dbanie o dobro wspólne to dbanie o Polskę w każdym jej zakątku, w każdej gminie, w każdej powiecie”. Problem w tym, że praktyka rządów PiS wyglądała dokładnie odwrotnie. Wystarczy przypomnieć sposób rozdzielania środków z Funduszu Inwestycji Lokalnych czy innych programów wsparcia, gdzie wielokrotnie pojawiały się zarzuty, że pieniądze trafiają przede wszystkim do „swoich”.
Morawiecki próbuje dziś kreować się na polityka zatroskanego losem prowincji i małych miast. Tymczasem przez lata był twarzą modelu władzy, który opierał się na skrajnej centralizacji decyzji i podporządkowywaniu instytucji państwa partyjnym interesom. To właśnie jego rząd doprowadził do sytuacji, w której niemal każda większa decyzja finansowa zależała od politycznej łaski centrum.
W Chełmie były premier opowiadał także o podatkach płaconych przez wielkie firmy i konieczności bardziej sprawiedliwego podziału wpływów z CIT. I znowu: brzmi to tak, jakby właśnie odkrył problem istniejący od dekad. Tyle że miał osiem lat, by go rozwiązać. Osiem lat pełni władzy, gigantycznych budżetów, rekordowych wpływów podatkowych i pełnej kontroli nad państwem. Jeśli dziś Mateusz Morawiecki przedstawia te same kwestie jako nową polityczną misję, to trudno nie zapytać: co robił wcześniej?
Coraz częściej wystąpienia byłego premiera przypominają polityczny kabaret oparty na prostym założeniu: wyborcy niczego nie pamiętają. Morawiecki mówi o konieczności reform tak, jakby nie był człowiekiem odpowiedzialnym za obecny stan państwa. Krytykuje mechanizmy, które sam współtworzył. Obiecuje naprawę problemów, których nie rozwiązał, mając pełnię władzy.
I właśnie dlatego jego obecna narracja jest tak niepoważna. Nie dlatego, że problemy samorządów nie istnieją. One są realne i wymagają poważnej debaty. Ale trudno traktować serio polityka, który po ośmiu latach rządów występuje nagle w roli odkrywcy patologii własnego systemu.
Mateusz Morawiecki próbuje dziś sprzedawać Polakom wizję „sprawiedliwej przebudowy państwa”. Tyle że coraz więcej obywateli widzi w tym po prostu próbę ucieczki od odpowiedzialności za osiem lat własnych decyzji. A polityka oparta na udawaniu, że nie miało się nic wspólnego z własnymi rządami, wcześniej czy później zamienia się zwyczajnie w farsę.










