Donald Trump po raz kolejny rzucił polityczną przynętę, a polska prawica – jak zwykle – połknęła ją bez najmniejszego namysłu. Wystarczyło kilka luźnych zdań o możliwym zwiększeniu obecności wojsk amerykańskich w Polsce, by w Pałacu Prezydenckim natychmiast ogłoszono sukces i rozpoczęto kolejny, dość desperacki atak na Donalda Tuska. Problem polega jednak na tym, że cała ta ofensywa przypomina bardziej polityczny spektakl niż poważną dyplomację.
Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej w KPRP, postanowił wykorzystać słowa Trumpa do uderzenia w premiera. „Po 2016 r. ściągnęliśmy do Polski ponad 10 tys. wojsk sojuszniczych. Może ich być jeszcze więcej. Panie Donaldzie Tusku, tylko nie przeszkadzaj!” – napisał minister prezydencki. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ten wpis był bardziej próbą politycznego trolling’u niż odpowiedzialnym komentarzem dotyczącym bezpieczeństwa państwa.
Bo co właściwie miałoby oznaczać owo „nie przeszkadzaj”? Czy Donald Tusk sprzeciwiał się obecności wojsk amerykańskich w Polsce? Nie. Czy obecny rząd podważa strategiczny sojusz z USA? Również nie. Wręcz przeciwnie – relacje Warszawy z Waszyngtonem pozostają jednym z fundamentów polskiej polityki bezpieczeństwa niezależnie od tego, kto akurat rządzi. Próba przedstawienia Tuska jako polityka działającego przeciw interesom Polski jest więc nie tylko nieuczciwa, ale zwyczajnie groteskowa.
W istocie Pałac Prezydencki coraz częściej sprawia wrażenie miejsca, które bardziej zajmuje się produkowaniem propagandowych wrzutek niż prowadzeniem poważnej polityki międzynarodowej. Przydacz od miesięcy funkcjonuje bardziej jako partyjny komentator niż urzędnik odpowiedzialny za sprawy strategiczne. Każda okazja jest dobra, by uderzyć w Tuska, nawet jeśli wymaga to naginania rzeczywistości.
Sytuacja robi się wręcz komiczna, gdy przypomnimy sobie, że obecność wojsk amerykańskich w Polsce była budowana przez lata przez kolejne rządy i wynika przede wszystkim z geopolitycznej sytuacji regionu oraz agresywnej polityki Rosji. To nie jest prywatny sukces żadnej partii ani polityka. Tymczasem narracja obozu prezydenckiego wygląda tak, jakby Nawrocki i Przydacz osobiście sprowadzili amerykańskich żołnierzy nad Wisłę.
Sam Trump zresztą nie powiedział nic konkretnego. Zapytany przez dziennikarza, czy rozważa przeniesienie części wojsk z Niemiec do Polski, odpowiedział jedynie, że „może” to zrobić. To klasyczny trumpowski styl: rzucić sugestię, pochwalić sojusznika, pozostawić sobie pełną swobodę działania. W normalnej polityce potraktowano by to jako dyplomatyczną kurtuazję. W Pałacu Prezydenckim uznano jednak najwyraźniej, że to doskonała okazja do urządzenia kolejnej antytuskowej kampanii.
Coraz trudniej nie zauważyć, że środowisko skupione wokół prezydenta funkcjonuje dziś przede wszystkim w logice permanentnej wojny politycznej. Nie liczy się merytoryka, nie liczy się odpowiedzialność za słowo, nie liczy się nawet elementarna powaga urzędu. Liczy się wyłącznie to, by każdego dnia znaleźć nowy pretekst do ataku na rząd.
Tyle że takie działania zaczynają przynosić odwrotny efekt. Im bardziej Przydacz i jego polityczni koledzy próbują przedstawiać Tuska jako zagrożenie dla polskiego bezpieczeństwa, tym bardziej widać ich własną bezradność. Bo trudno prowadzić wiarygodną krytykę premiera, gdy jedynym argumentem pozostaje agresywny wpis w mediach społecznościowych.
Polacy oczekują dziś od klasy politycznej powagi, szczególnie w sprawach bezpieczeństwa. Wojna za wschodnią granicą trwa, sytuacja międzynarodowa pozostaje napięta, a relacje transatlantyckie wymagają odpowiedzialności i stabilności. Tymczasem Pałac Prezydencki coraz częściej zachowuje się tak, jakby był sztabem wyborczym prowadzącym internetową kampanię przeciw Tuskowi.
I właśnie dlatego wypowiedź Marcina Przydacza budzi raczej zażenowanie niż podziw. Zamiast wzmacniać polską pozycję, próbuje on budować tani polityczny przekaz oparty na emocjach i partyjnych uprzedzeniach. To strategia krótkowzroczna, niepoważna i – co najgorsze – wyjątkowo nieudolna.










