Jeszcze niedawno Janusz Kowalski należał do najbardziej lojalnych i agresywnych żołnierzy obozu PiS. Gotowy bronić każdej decyzji partii, atakować każdego przeciwnika i powtarzać nawet najbardziej absurdalne przekazy dnia. Trudno było znaleźć polityka bardziej oddanego partyjnej linii. I właśnie dlatego obecna sytuacja jest dla Jarosław Kaczyński i jego środowiska tak kompromitująca. Skoro nawet Kowalski nie zostawia dziś na PiS suchej nitki, to znaczy, że partia naprawdę zaczyna politycznie odpływać.
Bo projekt zakazu działalności związanej z kryptoaktywami w Polsce jest czymś więcej niż tylko kolejnym nieudanym pomysłem legislacyjnym. To symbol kompletnego zagubienia formacji, która jeszcze kilka lat temu próbowała przedstawiać się jako nowoczesna, rozwojowa i gospodarczo pragmatyczna. Dziś PiS coraz bardziej przypomina partię przerażoną światem XXI wieku.
Projekt podpisany przez 17 posłów PiS, w tym Mariusz Błaszczak i Jacek Sasin, przewiduje zakaz prowadzenia działalności kryptoaktywów w Polsce. Tak — nie regulację, nie ograniczenia, nie próbę uporządkowania rynku. Zakaz. W momencie, gdy większość rozwiniętych państw próbuje przyciągać innowacyjne firmy technologiczne, PiS proponuje rozwiązanie rodem z epoki strachu przed komputerami i internetem.
I właśnie wtedy odezwał się Kowalski. Człowiek, który przez lata firmował swoim nazwiskiem niemal każdy polityczny eksces prawicy. Tym razem jednak nawet on nie wytrzymał.
„To nie jest żart. Niestety” – napisał na platformie X. Trudno o bardziej miażdżący komentarz. Zwłaszcza że nie pochodzi od liberalnego publicysty czy ekonomisty związanego z opozycją, lecz od byłego polityka PiS, który doskonale zna mentalność własnego dawnego środowiska.
Kowalski przypomniał rzeczy oczywiste dla każdego, kto choć pobieżnie śledzi światową gospodarkę. „29 państw na świecie testuje budowę strategicznej rezerwy Bitcoina”, czeski bank centralny inwestuje w kryptowaluty, Niemcy walczą o dominację w sektorze fintechów, a Tajwan rozważa cyfrowe zabezpieczenia na wypadek wojny z Chinami. Tymczasem PiS chce po prostu zamknąć cały sektor i wypchnąć firmy za granicę.
To już nawet nie jest konserwatyzm. To gospodarczy sabotaż.
Najbardziej brutalne w tej historii jest jednak to, że krytyka Kowalskiego brzmi całkowicie racjonalnie. Były poseł PiS wprost ostrzegł, że Polska może stracić „setki milionów złotych, a w przyszłości miliardy dochodów z podatków płaconych przez nowoczesne firmy fintechowe”. I trudno mu odmówić racji. W świecie globalnej konkurencji kapitał i technologie uciekają tam, gdzie państwo nie traktuje przedsiębiorców jak potencjalnych przestępców.
Ale jeszcze mocniej wybrzmiewa polityczny wymiar tej sprawy. Kowalski właściwie przyznał publicznie, że PiS zaczyna tracić kontakt z młodymi wyborcami. „Młodzi Polacy kochający innowacje gremialnie będą teraz głosować na Konfederację jako partię zdrowego rozsądku” – napisał. To zdanie powinno wywołać w siedzibie PiS prawdziwy alarm.
Bo oto polityk przez lata wiernie służący partii Kaczyńskiego mówi dziś otwarcie, że PiS sam oddaje młode pokolenie konkurencji. I robi to z własnej politycznej głupoty.
Najbardziej uderza jednak kompletna sprzeczność tej propozycji z dawną narracją prawicy. Przez lata PiS opowiadał o „polskim kapitale”, „wspieraniu rodzimych firm” i „budowie nowoczesnej gospodarki”. Dziś ci sami ludzie proponują rozwiązania, które zmuszą polskie firmy technologiczne do przenoszenia działalności za granicę.
Kowalski podsumował to wyjątkowo trafnie: „Wystawianie się na pośmiewisko na świecie, wyrzucanie z Polski nowoczesnych fintechów (…) to coś tak niezrozumiałego, że aż trudno to skomentować”.
I właśnie w tym tkwi największy problem PiS. Partia coraz częściej wygląda jak ugrupowanie zmęczone, intelektualnie wypalone i kompletnie zagubione wobec współczesności. Skoro nawet dawni aparatczycy zaczynają publicznie mówić o kompromitacji własnego środowiska, to znaczy, że kryzys jest znacznie głębszy, niż chciałby przyznać Kaczyński.










