Jeszcze kilka lat temu Przemysław Czarnek kreował się na polityka bezkompromisowego, pewnego siebie, gotowego odpowiadać na każde pytanie i walczyć z każdym przeciwnikiem. Dziś coraz częściej sprawia jednak wrażenie człowieka, który pod warstwą politycznej agresji ukrywa zwykłą bezradność. Widać to było doskonale podczas konferencji prasowej, kiedy został zapytany o sprawę Zbigniewa Ziobry. Zamiast rzeczowej odpowiedzi pojawiły się nerwy, ataki na dziennikarzy i klasyczna ucieczka w propagandowy monolog.
Bo właśnie to jest dziś największym problemem polityków PiS: kiedy kończą się gotowe przekazy dnia, bardzo często okazuje się, że nie mają nic do powiedzenia.
Pytanie było przecież proste. Ziobro opuścił Węgry i wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zapowiedział sprawdzenie podstaw prawnych całej sytuacji. To naturalne, że dziennikarze pytają prominentnych polityków PiS o komentarz. Tymczasem Czarnek zareagował tak, jakby ktoś przyłapał go na czymś wyjątkowo niewygodnym.
– „Uciekł przed kim?” – odpowiedział nerwowo. A chwilę później było już tylko gorzej. – „Państwo robicie to z własnej nieprzymuszonej woli, czy wam kazali?” – rzucił do dziennikarzy. Trudno o lepszy dowód politycznej paniki. Człowiek pewny swoich racji odpowiada spokojnie, przedstawia argumenty, tłumaczy sytuację. Człowiek zagubiony zaczyna atakować media.
Czarnek nie próbował nawet wyjaśnić, dlaczego były minister sprawiedliwości, ciążący pod ogromną presją polityczną i prawną, znalazł się nagle poza Europą. Nie odpowiedział na żadne realne wątpliwości. Zamiast tego rozpoczął typową dla PiS opowieść o „upadku państwa”, „milionowych stratach” i „szorowaniu po dnie”. Problem polega jednak na tym, że ten polityczny trik działa coraz słabiej.
Bo jeśli dziennikarz pyta o Ziobrę, a polityk odpowiada o służbie zdrowia, bezrobociu i spółkach Skarbu Państwa, to znaczy po prostu, że nie potrafi odpowiedzieć na zadane pytanie.
To zresztą bardzo charakterystyczne dla obecnej kondycji PiS. Partia, która przez lata budowała swój wizerunek na sile, kontroli i bezwzględnej pewności siebie, dziś coraz częściej reaguje histerią na najprostsze pytania. Wystarczy przypomnieć ton Czarnka podczas konferencji. – „Pan jakiś nerwowy jest. Z jakiej pan jest stacji? Z TVN24?” – rzucił do reportera. To nie była odpowiedź polityka przekonanego o swojej racji. To była reakcja człowieka wyraźnie zirytowanego faktem, że ktoś w ogóle ośmielił się pytać.
A przecież sprawa Ziobry naprawdę wymaga wyjaśnień. Były minister sprawiedliwości nie wyjechał przecież na wakacje all inclusive. Mówimy o jednym z najważniejszych polityków poprzedniej władzy, człowieku od lat oskarżanym o brutalne upolitycznienie prokuratury i państwowych instytucji. Najpierw pojawia się informacja o azylu politycznym na Węgrzech Viktora Orbána, potem nagle okazuje się, że Ziobro przebywa już w USA. Każda demokratyczna opinia publiczna miałaby prawo pytać o kulisy takiej podróży.
Sam Ziobro próbował przedstawiać swój wyjazd w niemal turystycznych kategoriach. – „To niezwykle złożony, piękny kraj. Najsilniejsza demokracja świata, nasz sojusznik” – mówił o Stanach Zjednoczonych. Tyle że trudno nie zauważyć pewnej ironii. Polityk, który przez lata uczestniczył w demolowaniu standardów państwa prawa w Polsce, dziś zachwyca się „najsilniejszą demokracją świata”.
Ale kompromitująco w tej historii wypada nie tylko Ziobro. Równie źle prezentują się jego partyjni koledzy. Zachowanie Czarnka pokazało bowiem coś bardzo istotnego: PiS coraz częściej nie ma już spójnej narracji nawet wobec własnych problemów. Nerwowość zastępuje argumenty, agresja zastępuje kompetencję, a ataki na media mają przykryć zwykły brak odpowiedzi.
Im dłużej trwa ta polityczna defensywa, tym wyraźniej widać, że dawny walec PiS zaczyna się zacinać. A konferencja Czarnka była tego wyjątkowo wymownym symbolem.










