Karol Nawrocki miał być prezydentem „wszystkich Polaków”. Miał zasypywać podziały, łagodzić polityczne napięcia i budować choć minimalną przestrzeń porozumienia między zwaśnionymi obozami. Tymczasem z każdym kolejnym tygodniem jego prezydentura coraz bardziej przypomina brutalną kampanię partyjną prowadzoną z Pałacu Prezydenckiego. I właśnie dlatego słowa Aleksandra Kwaśniewskiego wybrzmiewają dziś tak mocno. Bo były prezydent nie tylko skrytykował Nawrockiego — on właściwie wystawił mu polityczny akt oskarżenia.
– „Żaden polski prezydent nie powiedział o żadnym premierze, że ten człowiek jest najgorszym premierem w historii Polski” – przypomniał Kwaśniewski. I trudno się z nim nie zgodzić. Nawet w najbardziej burzliwych momentach III RP kolejni prezydenci rozumieli, że urząd głowy państwa wymaga pewnej powściągliwości. Można było nie cierpieć rządu, można było prowadzić ostre spory, ale jednak istniała jakaś granica. Nawrocki tę granicę przekroczył bardzo szybko.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że nie chodzi tu wyłącznie o polityczny temperament czy przesadną emocjonalność. Problem jest głębszy. Obecny prezydent zdaje się traktować swoją funkcję jako narzędzie permanentnej wojny z rządem Donalda Tuska. Nie jako urząd stojący ponad partyjnymi interesami, lecz jako polityczny taran wymierzony w obecną większość parlamentarną.
Kwaśniewski trafnie zauważył, że nawet konflikty między Lechem Wałęsą a Józefem Oleksym czy między Lechem Kaczyńskim a Tuskiem wyglądały przy obecnej sytuacji niemal jak przykład politycznej elegancji. Tam również dochodziło do ostrych sporów, ale nie było aż tak ostentacyjnego podważania demokratycznego mandatu przeciwnika. Nawrocki tymczasem regularnie zachowuje się tak, jakby wynik wyborów parlamentarnych w ogóle nie miał znaczenia.
I właśnie dlatego coraz więcej osób zaczyna wierzyć w diagnozę Kwaśniewskiego, że obecna prezydentura ma jeden podstawowy cel: doprowadzić do upadku rządu. – „Jak się uda szybciej, to dobrze, ale najdalej w roku 2027” – mówi były prezydent. Trudno nie odnieść wrażenia, że rzeczywiście obserwujemy próbę budowania wielkiego prawicowego obozu skupionego wokół Pałacu Prezydenckiego.
Szczególnie niebezpiecznie brzmią w tym kontekście pomysły dotyczące nowej konstytucji i systemu prezydenckiego. Sama dyskusja o zmianie ustroju państwa nie jest oczywiście niczym zakazanym. Problem polega na tym, kto dziś chce ją prowadzić i w jaki sposób. Kwaśniewski bardzo celnie podsumował tę sytuację: – „Karol Nawrocki mówi, że chciałby mieć system prezydencki i robi wszystko, żeby odstręczyć kogokolwiek od takiego myślenia”.
To zdanie powinno wywołać alarm. Bo rzeczywiście — jeśli ktoś chciałby przekonać Polaków, że silny system prezydencki jest groźny, to trudno byłoby znaleźć lepszy argument niż obecny styl sprawowania urzędu przez Nawrockiego. Agresja, ciągła konfrontacja, brak jakichkolwiek gestów wobec drugiej strony sceny politycznej — wszystko to pokazuje raczej model polityki opartej na dominacji niż na odpowiedzialności.
Kwaśniewski powiedział jeszcze coś bardzo istotnego: prezydent „nie rozumie, że ma ledwo powyżej 50 procent poparcia”. I właśnie tutaj znajduje się sedno problemu. Demokracja nie polega na tym, że zwycięzca bierze wszystko i rozpoczyna polityczny rewanż na połowie społeczeństwa. Tymczasem Nawrocki coraz częściej wygląda na polityka przekonanego, że minimalne zwycięstwo daje mu moralne prawo do całkowitej delegitymizacji przeciwników.
A przecież urząd prezydenta miał być symbolem wspólnoty. Dziś staje się symbolem politycznej wojny. Nawrocki nie buduje autorytetu państwa — on konsekwentnie obniża rangę własnego urzędu, sprowadzając go do poziomu partyjnej konferencji prasowej. Im dłużej trwa ta prezydentura, tym bardziej widać, że problemem nie jest tylko radykalizm poglądów. Problemem jest brak elementarnego zrozumienia, czym właściwie powinien być prezydent demokratycznego państwa.










