Prawo i Sprawiedliwość od miesięcy próbuje sprawiać wrażenie partii zwartej, zdyscyplinowanej i gotowej do odzyskania władzy. Problem polega na tym, że niemal co tydzień politycy tego ugrupowania sami obnażają prawdę: PiS coraz bardziej przypomina formację skłóconych frakcji, w której każdy gra już przede wszystkim na siebie. Najnowsza wymiana ciosów między Mateuszem Morawieckim a Jackiem Sasinem tylko to potwierdza.
Poszło o kryptowaluty, ale tak naprawdę chodzi o coś znacznie większego — o władzę, wpływy i przyszłość partii po Jarosławie Kaczyńskim. Morawiecki w rozmowie z Radiem Zet próbował ustawić się w roli rozsądnego liberała gospodarczego. Przypomniał, że część polityków PiS jeszcze niedawno chciała deregulować rynek kryptowalut, a dziś domaga się niemal całkowitego zakazu. „Rynki finansowe, gospodarka lubią przewidywalność przede wszystkim i dostrzegam tutaj pewnego rodzaju niekonsekwencję” — mówił były premier.
I właśnie to słowo jest dziś dla PiS wyjątkowo bolesne: niekonsekwencja. Bo trudno znaleźć drugą partię, która w ostatnich latach zmieniała zdanie równie często i równie gwałtownie. PiS raz chciał być partią wolnego rynku, później państwowego interwencjonizmu. Raz opowiadał o nowoczesności i cyfrowej gospodarce, by chwilę później straszyć niemal każdą nową technologią. W zależności od politycznej potrzeby można tam dziś znaleźć wszystko — od narodowego socjalizmu gospodarczego po retorykę skrajnych wolnorynkowców.
Ale najciekawsze było to, co wydarzyło się później. Jacek Sasin odpowiedział Morawieckiemu z wyraźną wściekłością. I trudno się dziwić, bo były premier coraz wyraźniej próbuje budować własny obóz wewnątrz PiS. Sasin napisał: „Polityka to gra zespołowa i odpowiedzialność za państwo, a nie solowa gra pod własne ambicje i budowanie kariery na podkreślaniu różnic z własną formacją”.
To właściwie polityczny akt oskarżenia. Sasin zarzuca Morawieckiemu dokładnie to, co od dawna słychać w kuluarach PiS: że były premier nie myśli już o partii, lecz o własnej przyszłości. Że próbuje przedstawiać siebie jako „nowoczesną twarz prawicy”, odcinając się od najbardziej kompromitujących decyzji własnego obozu.
Tyle że problem PiS polega na tym, iż Morawiecki nie jest tu wyjątkiem. Dziś niemal każdy ważniejszy polityk tej partii prowadzi własną grę. Jedni budują relacje z Konfederacją, inni próbują przypodobać się twardemu elektoratowi, jeszcze inni marzą o sukcesji po Kaczyńskim. Efekt? Permanentna wojna podjazdowa.
Jeszcze kilka lat temu PiS potrafił brutalnie tłumić wszelkie wewnętrzne konflikty. Jarosław Kaczyński był politykiem, którego wszyscy się bali. Dziś ten mechanizm wyraźnie przestaje działać. Coraz częściej politycy partii publicznie podważają stanowiska własnych kolegów, prowadzą medialne połajanki i wyciągają sobie dawne grzechy. To już nie są pojedyncze incydenty. To objaw głębokiego kryzysu.
Szczególnie ironicznie brzmią słowa Sasina o „odpowiedzialności za państwo”. Trudno bowiem zapomnieć, że ten sam polityk był twarzą jednego z największych symboli nieudolności rządów PiS — wyborów kopertowych, które kosztowały dziesiątki milionów złotych i nigdy się nie odbyły. Dziś człowiek odpowiedzialny za tamten chaos poucza innych o odpowiedzialności i zespołowości.
Z kolei Morawiecki próbuje kreować się na polityka umiarkowanego i przewidywalnego, choć to właśnie jego rząd firmował wiele najbardziej kontrowersyjnych decyzji ostatnich lat. Gdy był premierem, nie przeszkadzały mu ani polityczne awantury, ani chaos legislacyjny, ani nieustanne zmiany kursu. Dziś nagle odkrywa wartość stabilności i przewidywalności rynku.
Wszystko to pokazuje, że PiS znajduje się w stanie coraz głębszego rozkładu politycznego. Z zewnątrz partia nadal próbuje udawać monolit. W rzeczywistości przypomina jednak obóz pełen wzajemnych pretensji, urażonych ambicji i ludzi szykujących się na czas po Kaczyńskim.
A wyborcy widzą to coraz wyraźniej. Bo kiedy politycy partii więcej energii poświęcają na walkę między sobą niż na przedstawianie jakiejkolwiek spójnej wizji państwa, trudno traktować ich poważnie jako alternatywę dla rządzących. PiS po raz kolejny pokazuje, że największym przeciwnikiem tej partii nie jest dziś Donald Tusk. Jest nim samo PiS.











