Mariusz Błaszczak najwyraźniej odkrył właśnie drony. Były minister obrony narodowej z ogromnym oburzeniem krytykuje dziś rząd Donalda Tuska za brak błyskawicznego programu współpracy z Ukrainą w zakresie produkcji bezzałogowców. Problem polega jednak na tym, że ten sam polityk przez lata wydawał gigantyczne miliardy złotych na ciężki sprzęt wojskowy, którego przydatność w nowoczesnym konflikcie coraz częściej bywa podważana przez ekspertów.
To właśnie jest najbardziej uderzające w obecnej retoryce PiS: politycy, którzy jeszcze chwilę temu opowiadali głównie o czołgach, haubicach i wielkich kontraktach zbrojeniowych, nagle zachowują się tak, jakby od zawsze byli specjalistami od wojny dronowej. A przecież rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
Błaszczak pisze dziś o niemieckiej współpracy z Ukrainą przy produkcji dronów i narzeka, że polski rząd ograniczył się „jedynie do podpisania listu intencyjnego, z którego na dziś nie wynika praktycznie nic”. Dalej oskarża rząd Tuska o brak walki o polskie interesy i twierdzi, że „rząd Tuska zachowuje się tak, jakby bał się upominać o polskie interesy”.
To bardzo efektowne politycznie. Problem polega jednak na tym, że budowa nowoczesnego przemysłu dronowego nie przypomina składania politycznych deklaracji na konferencji prasowej. To proces wymagający czasu, infrastruktury, technologii, kadr, zaplecza produkcyjnego i ogromnych inwestycji badawczo-rozwojowych. Nie da się stworzyć fabryk, systemów produkcyjnych i zaawansowanych projektów wojskowych „w kilkanaście miesięcy”, tylko dlatego, że politycy PiS nagle odkryli nowy trend na współczesnym polu walki.
Szczególnie ironicznie brzmią te pretensje w ustach człowieka, który jako minister obrony narodowej odpowiadał za wielkie zakupy ciężkiego sprzętu za dziesiątki miliardów złotych. Polska kupowała czołgi Abrams, koreańskie K2, armatohaubice, wyrzutnie rakiet i samoloty bojowe w skali bezprecedensowej. Oczywiście część tych inwestycji była potrzebna. Problem polega jednak na tym, że wojna w Ukrainie bardzo wyraźnie pokazała coś jeszcze: epoka klasycznej dominacji ciężkiego sprzętu powoli się kończy.
Tanie drony bojowe, masowe systemy bezzałogowe i wojna elektroniczna zmieniły charakter konfliktów zbrojnych szybciej, niż wielu polityków było w stanie zrozumieć. I właśnie dlatego obecna postawa Błaszczaka wygląda tak niewiarygodnie. Bo kiedy był u władzy, nie słyszeliśmy od niego wielkiej ofensywy na rzecz budowy polskiego przemysłu dronowego na miarę XXI wieku. Dominowała raczej narracja o wielkich kontraktach i efektownych zakupach sprzętu ciężkiego.
Dziś ten sam polityk zachowuje się tak, jakby rząd Tuska powinien był natychmiast stworzyć kompletny system produkcji dronów i technologii wojskowych niemal z dnia na dzień. To polityczna propaganda oderwana od realiów przemysłowych i technologicznych.
Warto też zauważyć, że Ukraina budowała swoje kompetencje dronowe przez lata wojny totalnej. Tamtejsze firmy rozwijały technologie pod presją codziennego zagrożenia, przy gigantycznym wsparciu międzynarodowym i w warunkach wyjątkowej mobilizacji państwa. Porównywanie tego procesu z sytuacją Polski jest zwyczajnie nieuczciwe.
Błaszczak próbuje dziś tworzyć narrację, według której obecny rząd „robi tylko zdjęcia i konferencje”. Ale przecież polityka PiS bardzo często wyglądała dokładnie tak samo — tyle że zamiast dronów fotografowano się przy czołgach i kolejnych podpisywanych kontraktach.
Największy problem polega jednak na czymś innym. Były minister obrony zachowuje się dziś tak, jakby sam nie ponosił żadnej odpowiedzialności za stan polskiego przemysłu obronnego. Tymczasem miał na to osiem lat. Osiem lat ogromnych wydatków, wielkich zapowiedzi i rekordowych zakupów.
Jeśli Polska rzeczywiście jest dziś opóźniona w zakresie technologii dronowych, to odpowiedzialność za ten stan rzeczy spoczywa również na poprzednim kierownictwie MON. Trudno bowiem uwierzyć, że człowiek kierujący resortem obrony przez tyle lat nagle odkrył znaczenie bezzałogowców dopiero wtedy, gdy znalazł się w opozycji.
Cała ta historia pokazuje szerszy problem PiS. Partia Kaczyńskiego coraz częściej próbuje budować politykę na prostych oskarżeniach i medialnych efektach, ignorując złożoność rzeczywistości. Łatwo jest napisać w mediach społecznościowych, że rząd „oddaje pole innym krajom”. Znacznie trudniej zbudować od podstaw nowoczesny przemysł technologiczny.
I właśnie tę różnicę między propagandą a rzeczywistością coraz więcej Polaków zaczyna dostrzegać.











