Dominik Tarczyński od lat buduje swój polityczny wizerunek na ostrej retoryce, prowokacji i nieustannym podgrzewaniu emocji. Problem polega jednak na tym, że politycy bardzo często zapominają o jednej podstawowej zasadzie: słowa mają konsekwencje. I właśnie z tym najwyraźniej nie może pogodzić się dziś europoseł PiS, który oburzył się po tym, jak odmówiono mu wjazdu do Wielkiej Brytanii.
Tarczyński ogłosił w mediach społecznościowych, że jego pozwolenie na wjazd zostało anulowane. Powód? Miał przemawiać podczas marszu organizowanego przez środowiska skrajnej prawicy pod hasłem „Unite the Kingdom, Unite the West”. Reakcja polityka była natychmiastowa i utrzymana w jego charakterystycznym stylu pełnym dramatycznych oskarżeń.
„To jest oblicze komunizmu w XXI wieku. Właśnie odmówiono mi wjazdu do Wielkiej Brytanii, abym mógł przemówić na największym patriotycznym wydarzeniu w Europie” — napisał Tarczyński.
Trudno jednak nie zauważyć, że europoseł PiS po raz kolejny próbuje przedstawić siebie jako ofiarę prześladowań, choć w rzeczywistości mamy do czynienia z czymś znacznie prostszym: brytyjskie władze uznały, że nie chcą na swoim terytorium polityka kojarzonego z radykalną retoryką i środowiskami budzącymi poważne kontrowersje.
I można się z tą decyzją zgadzać lub nie. Można dyskutować o granicach wolności słowa czy swobody politycznej działalności. Problem polega jednak na tym, że Tarczyński zachowuje się tak, jakby kompletnie nie rozumiał związku między własnym stylem uprawiania polityki a reakcją zagranicznych władz.
Przez lata polityk PiS budował popularność na agresywnym języku, medialnych prowokacjach i retoryce permanentnego konfliktu. Regularnie oskarża przeciwników politycznych o zdradę, uderza w migrantów, instytucje europejskie i liberalne elity. Dziś jest oburzony, że ktoś potraktował go dokładnie tak, jak sam od dawna przedstawia innych — jako polityka radykalnego i konfliktowego.
Szczególnie groteskowo brzmią jego słowa skierowane do brytyjskiego premiera Keira Starmera. „Gdy przegrasz następne wybory, komunisto, spotkamy się w sądzie!” — napisał Tarczyński.
To już nawet nie jest poważna debata polityczna. To internetowa awantura prowadzona językiem politycznego tabloidu. Nazwanie lidera brytyjskiego rządu „komunistą” pokazuje zresztą, jak bardzo część polityków PiS całkowicie straciła kontakt z rzeczywistością. W ich świecie każdy przeciwnik jest albo „lewakiem”, albo „komunistą”, albo częścią wielkiego spisku przeciwko konserwatywnej Europie.
Tyle że tego rodzaju retoryka może dobrze działać w mediach społecznościowych, ale niekoniecznie robi dobre wrażenie na zagranicznych służbach bezpieczeństwa i administracji państwowej. Brytyjski rząd otwarcie zapowiedział przecież, że nie chce wpuszczać „skrajnie prawicowych agitatorów”, którzy mogliby dodatkowo podgrzewać napięcia podczas masowych demonstracji w Londynie.
Warto przypomnieć, że tego samego dnia w mieście mają odbywać się także finał Pucharu Anglii oraz propalestyńskie demonstracje. Policja postawiona została w stan najwyższej gotowości. W takich warunkach brytyjskie władze najwyraźniej uznały, że obecność polityków znanych z radykalnych wystąpień może stanowić dodatkowe ryzyko.
I właśnie tutaj pojawia się największy problem z reakcją Tarczyńskiego. Europoseł PiS nie próbuje nawet przez chwilę zastanowić się, dlaczego jego obecność mogła zostać uznana za kontrowersyjną. Nie ma refleksji, samokrytyki czy próby zrozumienia sytuacji. Jest wyłącznie obrażenie się na rzeczywistość i oskarżanie wszystkich wokół o „komunizm”.
To zresztą coraz częstszy mechanizm w polityce PiS. Politycy tej partii bardzo chętnie wygłaszają radykalne sądy, prowokują konflikty i używają ostrego języka. Kiedy jednak pojawiają się konsekwencje — oburzają się i przedstawiają siebie jako ofiary cenzury lub prześladowań.
Tarczyński najwyraźniej uwierzył, że można bez końca budować popularność na politycznej agresji, a jednocześnie oczekiwać pełnej akceptacji i szacunku wszędzie na świecie. Tymczasem świat działa inaczej. Państwa mają prawo decydować, kogo wpuszczają na swoje terytorium, zwłaszcza gdy chodzi o wydarzenia mogące wywoływać napięcia społeczne.
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że europoseł PiS sam od lat domaga się twardego traktowania ludzi uznawanych za zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. Dziś, gdy podobna logika została zastosowana wobec niego, nagle odkrywa wartość wolności i otwartości granic.
I właśnie dlatego cała ta historia brzmi bardziej jak polityczna groteska niż poważny międzynarodowy skandal.











