Prawo i Sprawiedliwość coraz bardziej przypomina ugrupowanie, które utraciło zdolność odróżniania polityki od partyjnego teatru. Najnowszy odcinek tej niekończącej się opery mydlanej rozgrywa się wokół Mateusza Morawieckiego i jego nowego projektu – Stowarzyszenia Rozwój Plus. Oficjalnie chodzi o „podglebie programowe” i „grupy eksperckie”. W praktyce wszyscy widzą, że trwa brutalna walka o wpływy, sukcesję po Jarosławie Kaczyńskim i przyszłość samego PiS.
Najbardziej groteskowe jest jednak to, że cała ta zabawa w partyjną frondę odbywa się przy jednoczesnych deklaracjach o „jedności”. Im bardziej politycy PiS opowiadają o konieczności trzymania wspólnego frontu, tym wyraźniej widać, że ten front dawno już się rozsypał.
Według relacji Wirtualnej Polski Jarosław Kaczyński najpierw nie chciał, by Morawiecki rozwijał swoje stowarzyszenie, później miał zaakceptować jego powstanie, by następnie – pod presją stronników Przemysława Czarnka – zapowiedzieć zwołanie Komitetu Politycznego PiS, który ma potwierdzić, że „żadne stowarzyszenia w ramach ugrupowania działać nie mogą”. Trudno o lepszy obraz chaosu i politycznej dezorientacji.
Kaczyński coraz bardziej przypomina lidera, który próbuje łatać przeciekający statek, jednocześnie przekonując załogę, że wszystko pozostaje pod kontrolą. Problem polega na tym, że przecieki są już widoczne dla wszystkich. Jeszcze kilka lat temu żadnemu politykowi PiS nie przyszłoby do głowy publiczne podważanie woli prezesa. Dziś Mateusz Morawiecki otwarcie mówi: „Na pewno nie zrezygnuję z tego stowarzyszenia” i dodaje, że „nie da się wypchnąć z partii”.
To właściwie polityczna demonstracja siły. Były premier pokazuje, że nie zamierza już tylko cierpliwie czekać na decyzje Kaczyńskiego. Buduje własne zaplecze, własne środowisko i własny język polityczny. A wszystko pod przykrywką troski o „poszerzenie elektoratu” oraz „dwa płuca” PiS, o których wcześniej mówił sam Kaczyński.
Właśnie ten fragment jest szczególnie wymowny. Morawiecki bardzo ostrożnie unika otwartego konfliktu z prezesem, ale jednocześnie prowadzi własną grę. Mówi o „kompatybilności działań z szeroko rozumianym obozem patriotycznym”, tworzy grupy eksperckie i rozwija stowarzyszenie dokładnie w momencie, gdy partia przeżywa wewnętrzny kryzys. To nie wygląda na niewinną inicjatywę intelektualną. To wygląda na budowanie alternatywnego centrum wpływu.
PiS staje się dziś ofiarą własnego modelu funkcjonowania. Przez lata partia była oparta niemal wyłącznie na autorytecie Jarosława Kaczyńskiego. Nie wypracowano mechanizmów sukcesji, nie stworzono przestrzeni do normalnej debaty politycznej, nie dopuszczano realnego pluralizmu. Wszystko miało być podporządkowane jednemu liderowi. Problem pojawia się wtedy, gdy lider zaczyna tracić zdolność pełnej kontroli nad własnym obozem.
Stąd coraz bardziej nerwowe ruchy prezesa. Z jednej strony słyszymy o konieczności „jedności”, z drugiej – o zakazie działalności stowarzyszeń. Mariusz Błaszczak przekonuje, że „stowarzyszenia, które rozbijają jedność, powinny być odrzucone”. Tyle że samo wygłaszanie takich deklaracji pokazuje, iż jedność w PiS jest dziś bardziej propagandowym hasłem niż rzeczywistością.
Najbardziej absurdalne jest jednak coś innego. W czasie gdy Polacy mierzą się z realnymi problemami – kosztami życia, kredytami, niepewnością gospodarczą czy sytuacją międzynarodową – najważniejszym tematem w największej partii opozycyjnej okazują się personalne rozgrywki między Morawieckim, Czarnkiem i otoczeniem Kaczyńskiego. PiS coraz bardziej zajmuje się sobą. Wewnętrzne konflikty, walka frakcji i polityczne ambicje całkowicie dominują nad jakąkolwiek poważną debatą programową.
Morawiecki próbuje dziś przedstawiać swoje działania jako troskę o przyszłość obozu. Problem w tym, że coraz bardziej przypomina to klasyczną partyjną frondę prowadzoną pod przykrywką „eksperckości” i „programowości”. Kaczyński z kolei próbuje jednocześnie tolerować bunt i go tłumić, co tylko potęguje chaos.
W rezultacie PiS coraz mniej wygląda jak partia gotowa odzyskać władzę, a coraz bardziej jak ugrupowanie pogrążone w wojnie o polityczny spadek po własnym liderze.










