Prawo i Sprawiedliwość coraz bardziej przypomina formację, która zamiast przygotowywać się do odzyskania władzy, zajmuje się gaszeniem kolejnych pożarów wybuchających we własnych szeregach. Wyjazdowe posiedzenie klubu parlamentarnego PiS w Sękocinie pod Warszawą miało pokazać jedność i dyscyplinę. W praktyce ujawniło coś dokładnie odwrotnego: narastającą panikę, walkę frakcji i coraz słabszą kontrolę Jarosława Kaczyńskiego nad partią, którą przez lata rządził żelazną ręką.
Najbardziej wymowny był sam przekaz prezesa. Kaczyński miał podkreślać, że dziś „najważniejsze jest zachowanie jedności”, a wszelkie inne inicjatywy powinny zostać odłożone na bok. Brzmi to jednak bardziej jak alarmowy apel dowódcy oblężonej twierdzy niż pewny siebie komunikat lidera silnej partii. W polityce bowiem o jedności mówi się najgłośniej właśnie wtedy, gdy jej najbardziej brakuje.
Kulisy spotkania pokazują skalę problemu. „Konkluzja była taka: albo stowarzyszenie, albo Polska” — relacjonował jeden z uczestników rozmowie z Onetem. To zdanie jest wręcz symbolicznym streszczeniem obecnego stanu PiS. Partia, która jeszcze niedawno prezentowała się jako monolit, dziś musi grozić własnym politykom, by utrzymać ich w szeregu. Sam fakt, że Jarosław Kaczyński zdecydował się zamrozić niemal wszystkie partyjne stowarzyszenia, świadczy o strachu przed utratą kontroli nad zapleczem.
Największym problemem pozostaje oczywiście Mateusz Morawiecki. Były premier najwyraźniej uznał, że czas przygotowywać własne polityczne zaplecze. I trudno się temu dziwić. W PiS coraz wyraźniej trwa walka o sukcesję po Kaczyńskim. Morawiecki najwyraźniej nie zamierza czekać biernie, aż prezes wskaże następcę albo pozwoli partii dryfować ku kolejnym porażkom. Według relacji polityków PiS były premier „bez owijania w bawełnę powiedział, że nie zamierza niczego zamrażać”. To już nie jest zwykłe napięcie. To otwarte zakwestionowanie politycznej woli prezesa.
Jeszcze kilka lat temu taki bunt byłby w PiS nie do pomyślenia. Dziś Kaczyński może już głównie apelować, negocjować i łagodzić konflikty. Nawet fakt, że miał proponować poszerzenie Prezydium Komitetu Politycznego o ludzi Morawieckiego, pokazuje zmianę układu sił. Prezes, który przez lata wyrzucał polityków za najmniejsze oznaki niesubordynacji, dziś próbuje kupować lojalność stanowiskami. To nie jest oznaka siły. To objaw politycznej defensywy.
Coraz bardziej widoczne są też ideowe i personalne pęknięcia w samej partii. Kolejna awantura wybuchła wokół Grzegorza Lorka, polityka kojarzonego z Morawieckim, który stwierdził, że na miejscu Zbigniewa Ziobry „wolałby stanąć przed polskim wymiarem sprawiedliwości”. Sama taka wypowiedź jeszcze kilka lat temu byłaby w PiS uznana za herezję. Tymczasem Morawiecki publicznie wziął Lorka w obronę. „Prezes był w szoku, jak to usłyszał” — mówi rozmówca Onetu. I trudno się dziwić. Kaczyński przez lata budował partię opartą na absolutnej dyscyplinie i bezwarunkowej lojalności wobec swoich ludzi. Dziś nawet ten mechanizm zaczyna się rozsypywać.
Problem PiS polega na tym, że partia coraz bardziej żyje własnymi konfliktami, a coraz mniej realnymi problemami Polaków. Dyskusje o stowarzyszeniach, frakcjach i personalnych ambicjach pokazują ugrupowanie skupione na sobie. Trudno dostrzec w tym jakąkolwiek wizję przyszłości państwa. Zamiast programu jest walka o wpływy. Zamiast nowych pomysłów — nerwowe pilnowanie partyjnego porządku.
Jarosław Kaczyński próbuje jeszcze łatać rozsypującą się konstrukcję. Problem w tym, że wygląda to coraz bardziej jak desperacka próba zatrzymania procesu, który już się rozpoczął. PiS nadal pozostaje dużą partią, z wiernym elektoratem i rozbudowanymi strukturami. Ale polityczna aura nieomylności prezesa wyraźnie znika. A kiedy w partii opartej na jednym liderze zaczyna znikać strach przed liderem, zaczyna się prawdziwy kryzys.










