Mateusz Morawiecki najwyraźniej uznał, że najlepszą metodą na polityczne przetrwanie jest zbiorowa amnezja. Były premier, który przez osiem lat współrządził Polską razem z Jarosławem Kaczyńskim, dziś występuje w roli surowego recenzenta państwa, jakby ostatnią dekadę spędził na emigracji albo w opozycyjnej ławie. Słuchając jego dramatycznego wystąpienia o bezpieczeństwie Polski, można odnieść wrażenie, że za wszystkie problemy odpowiada wyłącznie Donald Tusk, a PiS był jedynie bezradnym obserwatorem wydarzeń. To polityczny teatr absurdu.
Morawiecki mówi dziś o „podmiotowej Polsce”, o konieczności obrony narodowego interesu i o zagrożeniu ze strony Berlina. Grzmi: „Donald Tusk nie rozumie, czym jest racja stanu”. Problem polega na tym, że te wielkie słowa wypowiada człowiek, który przez osiem lat był jedną z najważniejszych twarzy obozu władzy odpowiadającego za chaos, gigantyczne zadłużenie państwa, kompromitacje dyplomatyczne i rozbijanie relacji z europejskimi partnerami.
To właśnie Morawiecki przez lata przekonywał Polaków, że wszystko jest pod kontrolą. Że inflacja jest „przejściowa”. Że Polski Ład będzie sukcesem. Że państwo działa sprawnie. Tymczasem rzeczywistość okazała się brutalna. Inflacja eksplodowała, przedsiębiorcy tonęli w podatkowym chaosie, a Polska weszła w okres głębokiego konfliktu z Unią Europejską. Dziś ten sam polityk próbuje ustawić się w roli zbawcy ojczyzny.
Najbardziej zdumiewa jednak skala politycznej bezczelności Morawieckiego. Były premier mówi: „Kiedy rządziło Prawo i Sprawiedliwość, rozumieliśmy to doskonale. My nie tylko mówiliśmy o bezpieczeństwie, my bezpieczeństwo Polski realnie budowaliśmy”. Naprawdę? To właśnie za rządów PiS Polska skłóciła się z większością europejskich partnerów, a relacje z Brukselą sprowadzono do niekończącej się wojny ideologicznej. To za czasów Morawieckiego polska polityka zagraniczna była często chaotyczna, reaktywna i podporządkowana wewnętrznej propagandzie.
Morawiecki próbuje dziś przedstawiać Donalda Tuska jako polityka podporządkowanego Niemcom. To stary, zużyty slogan PiS, który wraca zawsze wtedy, gdy partii Kaczyńskiego kończą się argumenty. Łatwo jednak zapomnieć, że to właśnie rządy Tuska budowały pozycję Polski w Europie i wzmacniały naszą wiarygodność w NATO. Obecny premier nie musi codziennie krzyczeć o patriotyzmie, bo partnerzy zagraniczni po prostu traktują go poważnie.
Morawiecki tymczasem brzmi dziś jak polityk desperacko próbujący przykryć własny bilans. Szczególnie groteskowo brzmią jego oskarżenia o osłabianie relacji z USA. Przecież obecność wojsk amerykańskich w Polsce zaczęła rosnąć jeszcze przed rządami PiS, a strategiczne relacje polsko-amerykańskie nigdy nie były wyłączną zasługą jednej partii. Morawiecki próbuje dziś zawłaszczyć całe bezpieczeństwo państwa, jakby NATO istniało wyłącznie dzięki konferencjom prasowym PiS.
Jeszcze bardziej absurdalne są dramatyczne apele byłego szefa rządu. „Donald Tusk musi odejść” — grzmi Morawiecki, przekonując, że obecny rząd stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Tyle że Polacy dobrze pamiętają, kto odpowiadał za władzę przez ostatnie osiem lat. Pamiętają afery, gigantyczne wydatki bez kontroli, propagandę w mediach publicznych i niekończące się konflikty polityczne. Pamiętają również, że Mateusz Morawiecki był centralną postacią tego systemu.
Dzisiejsze wystąpienia byłego premiera przypominają więc desperacką próbę ucieczki od odpowiedzialności. Morawiecki chce, byśmy uwierzyli, że nigdy naprawdę nie rządził. Że był jedynie komentatorem wydarzeń. Że wszystkie problemy zaczęły się dopiero po przejęciu władzy przez Tuska. To polityczna strategia oparta na prostym założeniu: jeśli wystarczająco głośno będziesz oskarżał innych, część ludzi zapomni o twojej własnej odpowiedzialności.
Ale pamięć jest dla PiS największym problemem. Bo trudno jednocześnie udawać nową jakość i tłumaczyć się z ośmiu lat własnych rządów. A Mateusz Morawiecki coraz bardziej przypomina polityka, który za wszelką cenę chce wymazać swoją własną polityczną biografię.











